strefa Brytania

wtorek, 09 września 2014

Miało być tak:
Autobus, pociąg relacji Oksford-Londyn, potem metro do Notting Hill i jazda na karnawał urządzany tam od kilku dekad. Przewidziane niezbędniki: plecak z ładunkiem kredek, kartek i pisaków – dla Talenki na czas w środkach komunikacji miejskiej, książka dla mnie ze skromną nadzieją na przejrzenie czegoś więcej niż tylko okładki, naładowany telefon na chwile rodzicielskiej desperacji, aparat.

Notting Hill Carnival

Tancerka z Notting Hill Carnival, okolice Portobello Road.

A było tak:
W momencie, kiedy mieliśmy dojeżdzać do Notting Hill, dopiero wyszliśmy z domu. W pociągu odnotowałam kilka mało przyjemnych spojrzeń w kierunku naszego stolika, w odwecie dołożyłam się do bałaganu kredkowego Talenki i jej głośnej ekscytacji mijającymi nas pociągami. Wychodziłam już jednak z przepraszającą miną – okazało się, że przypadkiem załadowałyśmy się do wagonu dla cichych i ciszy poszukujących (tak, uwaga na quiet carriages! i tak, tak, miejsca, do których kiedyś potrafiłam się przepychałać, teraz obchodzę z przekleństwem na ustach). Metro bez ostrzeżenia nie zatrzymało się w Notting Hill z ‘powodu karnawału’. Dojechałyśmy okrężnie, zaszłyśmy karnawał od tylu. Z daleka przede wszystkich się dymiło: zdeterminowane grille z jamajskim kurczarkiem jerk i burgerami walczyły ze wzmagająca się siłą deszczu. Wtedy na chwilę zaskoczyłam, że nie mamy nic przeciwdeszczowego, po czym wpadliśmy na paradę bębniarzy i myśli zaczęły podążać w sprężystym szyku: bam, bam, bam, baabaam, baabaam, który nie bał się ani kropli, ale za to wzywał do natychmiastowego wyjęcia aparatu fotograficznego. Potem były tancerki, tancerze, ludzie motyle, ludzie kwiaty, ludzkie ciało Jamajczyków, mieszkanców (bądź ich potomków) Trynidadu i Tabago, Anguilli, Barbadosu, Dominikany, innych państw karaibskich, Brytyjczyków - wszystkich w kostiumach zapożyczonych od form znacznie piękniejszych. Notting Hill Carnival. W tym roku w ulewie.

Notting Hill Carnival

Ulica bębniarzy

Notting Hill Carnival

Spotkanie w gorącym rytmie (i raczej zimnej pogodzie)

Notting Hill Carnival

Wspaniała i wielka motylica

Zaczęło się tak:
Cofnijmy się o 55 lat, pozostańmy jednak w tym samym miejscu. Notting Hill to dzielnica niespokojna, z często i gęsto zmieniającymi się mieszkańcami. To miejsce, gdzie zwykle lądują przybysze z Trinidadu i Tabago oraz innych krajów karaibskich. Często znajdują pracę na kolei, wielki dworzec Paddington jest przecież tuż obok. Claudia Jones trafia do Notting Hill nie z własnej woli. Jest emigrantką z Trinidadu, którą wydalono ze Stanów Zjednocczonych za sympatie komunistyczne. Ma na swoim koncie spore osiagnięcia dziennikarskie, w tym w zakresie walki o prawa obywatleskie, do tego kilka pobytów w szpitalu, głównie z powodu gruźlicy. Jej rodzice rzucili wszystko i szukali szczęścia w Nowym Jorku w latach dwudziestych. Pod dwóch latach ściągneli do siebie Claudię i jej siostrę. Mieszkali w nędznych warunkach, pracowali dużo za dużo, a Claudia zmagała się z przystosowaniem do amerykańskiej szkoły i depresją, a potem z przedwczesną śmiercią matki. Komunizm interesował ją, bo popierał zmagania obywateli pochodzenia afrykańskiego w ich staraniach o równouprawnienie. W 1951 roku została aresztowana podczas antykomunistycznych czystek. Trafiła do więzienia na rok, przeżyła zawał serca. Potem wydalono ją do Londynu. Nie mogła się tu odnaleźć, Brytyjska Partia Komunistyczna nie potrafiła docenić ani jej dziennikarskich ani aktywistycznych dokonań.

Wydawało się, że utknie w martwym punkcie, ale się nie poddała. Zaczęła od wydawania gazety, która tak bardzo była od niej zależna, że po śmierci Jones przeżyła ją o tylko dwa numery. Potem zaczęła działać na rzecz społeczności karaibskiej. Może chciała pokazać, że nie taki diabeł straszny, jakim go malują a w latach 50-tych mieszkańcy Notting Hill kojarzyli się głównie z dwoma prasowymi nagłówkami: handel narkotykami i problemy socjalne, i zorganizowała pokaz dzielnicowych talentów, w tym i gastronomicznych. Może to była jej pacyfistyczna odpowiedź na zamieszki w Notting Hill z 1958 roku. Festiwal ruszył w 1959 roku (ale jeszcze nie w formie ulicznej).

Notting Hill Carnival

Niebieska muza

Wszystko przez to, że było tak:
Koniec sierpnia 1958 roku. Notting Hill plądrują gangi. Popalają, burzą, napadają na miejscową ludność. Strach wyjść z domu. Tzw. 'Teddy Boys' przeprowadzają czystkę, to ich odpowiedź na zwiększającą się liczbę imigrantów na Wyspach, zwykle huligaństwo. Reakcja policji jest umyślnie powolna i słaba. Dochodzi do zamieszek. Pojawia się wtedy Frank Crichlow, który podobnie jak Jones pochodzi z Trinidadu. Otwiera knajpę 'El Rio', gdzie spotykają się i biało-, i czarnoskórzy. To oaza między innymi dla tych, którzy są w 'związkach mieszanych'. Policja trzyma lokal pod stałą obserwacją. Po sukcesie 'El Rio' Crichlow, który ma już w tym czasie swój własny zespół muzyczny, otwiera restaurację. Adres 8 All Saints w Notting Hill jest częstym miejscem przeszukań policyjnych (wszyscy święci niewiele tu pomagają). Pretekst: handel narkotykami. Crichlow jest kilka razy aresztowany i dopiero w latach 70-tych sąd oczyszcza go z wszystkich zarzutów, uznając że policja nie ma żadnych dowodów. Crichlow uznaje ten moment za przełomowy dla całej społeczności karaibskiej. Jest znany, rozpoznawany, działa przy festiwalu, który zmaga się z problemami z finansowaniem i wciąż nie może pozbyć się nalotów policji. Każdego roku impreza kończy się wielką bijatyką. Policja podczas karnawału nadużywa prawa do przeszukiwania uczestników, to tylko dolewa oliwy do ognia. Jest muzyka, gorące rytmy, wzajemna niechęć, zmieniająca się w nienawiść jednej strony do drugiej.

Notting Hill CarnivalTegoroczna obstawa policji

Notting Hill Carnival

Dwa motyle

Notting Hill Carnival

Tancerka podczas przerwy na lunch

Dzisiaj jest tak:
Dzielimy się, ale tylko na oglądających i na tych, których się ogląda. Na ludzi motyli i tych, którzy chcieliby nimi być. Robię zdjęcia. Czasem trudno jest przedrzeć się przez tłum, zwłaszcza ze spacerówką z dwulatką, która też chce oglądać. Policjant proponuje, że zajmie się Talenką, żebym mogła spokojnie popstrykać. Uśmiecha się, Talenka nie ma nic przeciwko. Pada coraz mocniej, ale nikogo to nie martwi. Migają mi przed oczami skrzydła, coraz więcej i coraz bardziej rozłożyste. Wszędzie tańczą, w przecznicy obok wjeżdżają otwarte tiry z orkiestrami. W bocznych uliczkach wzmaga się dym - jerk chicken coraz trudniej się smaży w ulewie. Wtedy nagle pojawia się on. Na usta wskazuje dobrze znany rytm i tekst 'I'm bad, I'm bad, bad-bad, really, really bad' i oczarowana muszę wykrzyknąć, że oto król popu, on wciąż żyje! I po tym objawieniu czuję, że mogę teraz spokojnie opuścić imprezę w Notting Hill. Czas zresztą przesuszyć się gruntownie od majtek po płaszcze, bo "We're wet, we're wet, wet-wet, really, really weeeeeeeet'!!!

Król popu odnaleziony na Notting Hill Carnival

Król popu podczas karnawału ulicznego Notting Hill (fot. Kamil Kapturkiewicz).

Ania z Talenką. Notting Hill Carnival 2014, w ulewie

Konsumpcja uliczna: jamajski kurczak z noodlami, skropiony (hmm... polany raczej) deszczem. (fot. K. Kapturkiewicz)


Post scriptum
Claudia Jones, założycielka Notting Hill Carnival, zmarła w 1964 roku. We śnie przydarzył jej się kolejny zawał. Była krótko mężatką, rozwiodła się, nie mieli dzieci. Jej karnawał odbył się w tym roku po raz 55.
Frank Crichlow nie dożył 55 rocznicy karnawału. Zmarł w 2010 roku na raka. Żył intensywnie. Ze swoją białoskórą partnerką miał trójkę dzieci.


Ze statystyk:

  • W zeszłym roku na karnawał przyszło ponad milion osób.
  • Przy karnawale pracowało 40 tys. wolontariuszy.
  • W ciągu ostatnich 27 lat doszło do pięciu morderstw podczas karnawału. Trzy dokonano nożem, przyczyną jednego było "kłótnia o jedzenie."
  • Następna edycja karnawału w sierpniu przyszłego roku (niedziela-poniedziałek 30-31 sierpnia 2015).

Notting Hill Carnival

Lunch w tańcu

 


Źródła: Oxford Dictionary of National Biography, Notting Hill Carnival website, Wikipedia.

piątek, 05 września 2014

Jest tak:

Plaza Chesil, Wielka Brytania

 Hrabstwo Dorset, plaża Chesil, zupełna końcówka sierpnia

Plaza Chesil, Wielka Brytania

 I bardzo nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać.

Plaza Chesil, Wielka Brytania

 

A Ian McEwan pisze o niej tak:

"Zmieniający kierunek lub wzmagający się wiatr przyniósł odgłos łamiących się fal, który brzmiał niczym odległy brzęk kieliszków. Mgła unosiła się, odsłaniając kontury niskich pagórków nad linią brzegową na wschodzie. Widzieli lśniącą szarą gładź, która mogła być jedwabistą powierzchnią morza, laguny bądź nieba – trudno było powiedzieć. Wpadająca przez uchylone drzwi bryza niosła kuszący słony zapach tlenu i otwartych przestrzeni, niepasujący do wykrochmalowanego obrusu, zabielonego kukurydzianą mąką sosu i ciężkich, srebrnych szućców, które trzymali w dłoniach. Weselny lunch był obfity i długi. Nie czuli głodu. Teoretycznie mogli śmiało zostawić talerze, złapać butelkę wina, zbiec na plażę, zdjąć buty i cieszyć się wolnością."

 

Ian McEwan, Na plaży Chesil, tłum. A. Szulc, Wyd. Albatros.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Takimi rzeczami się zwykle nie zajmuję w Tyglu, ale dziś robię wyjątek, bo te dwie oferty są dość unikalne. Pierwsza to praca na uczelni. Otóż, od bardzo niedawna na Uniwersytecie Oksfordzkim istnieje Centrum Polskie (Polish Studies Centre), które zaczął prowadzić Mikołaj Kunicki. Centrum mieści się w tym samym college'u, w którym rosyjski program kulturalny prowadzi Oliver - St Antony's College. Podobno otwarcie Centrum wzbudziło ogromne emocje w kraju nad Wisłą, zdecydowanie większe niż tutaj, choć może mówię za szybko, bo oficjalne otwarcie programu polskiego nastąpi dopiero w lutym przyszłego roku. Ale do rzeczy. Uczelnia poszukuje osoby, która zajęłaby się zarzadząniem biura Centrum. Polish Studies Administrator ma świetnie posługiwać się polskim i angielskim, do tego wymagane jest wcześniejsze doświadczenie w prowadzeniu biura. Praca jest na pół etatu (17,5 godz w tygodniu), a kontrakt - początkowo na dwa lata. Szczegóły i formularz zgłoszeniowy można znaleźć tutaj (pensja to regiony £20 172 - £23 352 rocznie, pro rata).

Drugie ogłoszenie dotyczy wyjazdu do Nowej Zelandii. Travel Channel poszukuje Polaka/Polki mieszkającej w Wielkiej Brytanii, który/a był/aby zainteresowany/a wyprawą na koniec świata, gdzie kręcony będzie nowy program podróżniczy. Ogłoszenie brzmi bardzo zachęcajaco: jeżeli chcesz posmakować nowozelandzkiego wina albo zobaczyć scenerię z "Władcy Pierścieni", skontaktuj się z nami. Ogłoszenie wklejam poniżej. Może ktoś się skusi? 
Wyprawa do Nowej Zelandii dla Polaka/Polki

niedziela, 28 lipca 2013

Moda jest formą brzydoty tak straszną, że musimy ją zmieniać co sześć miesięcy.

Oscar Wilde

Są miejsca w Londynie, gdzie brak reakcji na sezonową zmianę kolekcji ubiorów, potrafi wykluczyć z towarzystwa, ale to tylko punkciki na wielkim planie miasta. Mnie Londyn zawsze będzie się kojarzył z nieprawdopodobną wolnością w doborze stroju, swobodą w łączeniu kolorów i materiałów. Może być dziwacznie, śmiesznie, wątpliwie, ważne, żeby było oryginalnie. I to mi się szalenie podoba.

Zapraszam dziś na szybki spacer po stolicy, będzie trendy, antymodnie i też mocno klasycznie :)

Moda, Londyn, Knigsbridge

Harvey Nichols - witryna jednego z najbardziej znanych sklepów w londyńskiej dzielnicy Knightsbridge.

Harvey Nicols, luksusowy dom towarowy w Londynie

Druga strona Harvey Nichols

Knightsbridge, dzielnica mody, Londyn

"Ubierz się brzydko, a zapamiętają sukienkę; ubierz się nieskazitelnie, a zapamiętają kobietę" Coco Chanel
Ulica wielkich marek, Knightsbridge.

Moda uliczna, Londyn


"Moda przemija, ale styl pozostaje wieczny." Yves Saint-Laurent.

Wciąż Knightsbridge, ale już nie z żurnalu :)

Szczęsliwiec z apple


"Kobiety myślą o wszystkich kolorach poza brakiem koloru. Powiedziałam, że czerń ma wszystko. Biel też. Ich piękno jest całkowite. To idealna harmonia." Coco Chanel.

Widać, że pan wziął sobie słowa Chanel mocno do serca. Turysta na Tower Bridge. Ipad pod kolor :)

Angielska moda


"Powinno się być albo dziełem sztuki albo nosić na sobie dzieło sztuki." Oscar Wilde

Trochę starej, angielskiej elegancji.

Usługi krawieckie

Krawiec! Nie wyginął (wciąż na szczęście)

Londyńska moda

Moda na ulicach multikulturowej i wciąż dość dobitej dzielnicy Stoke Newington

Polsko-rosyjski sklep

Polskie akcenty na pograniczu Stoke Newington i Stamford Hill

Ortodoksyjny

Religijno-kulturowe przywiązanie

Mundurek

 Moda szkolna, niezmienna

Londyńskie garnitury

Londyński klasyk dzielnicy finansowej.

 

A co Wy nosicie i proponujecie w tym sezonie? :)

środa, 10 kwietnia 2013

Dom Agthaty ChristieNa początek to, co wiadomo.

Urodziła się w nadmorskim miasteczku Torquay w malowniczym, angielskim hrabstwie Devon, choć nie była Angielką pełnej krwi. Jej ojciec był Amerykaninem, w dodatku bogatym, więc rodzinie wiodło się dobrze. Agatha powie później, że dzieciństwo miała bardzo szczęśliwe. Szczęśliwe aż do śmierci ojca.

Od małego dużo czytała. Potem z pasją zajęła się pisaniem. Popełniła kilkadziesiąt powieści kryminalnych i kilkanaście zbiorów opowiadań pod nazwiskiem Christie i 6 romansów jako Mary Westmacott.

Christie to nazwisko męża, pierwszego, tego, którego poznała podczas I wojny światowej i który potem zdradzał ją z niejaką Nancy. Sprawa była jawna. Archie chciał rozwodu, ale czy chciała go Agatha? Czy o to pokłócili się pamiętnego 3 grudnia 1926 roku? Najpewniej. Archie pojechał wtedy spędzić weekend z kochanką a Agatha po prostu zniknęła. Szukano jej przez 10 dni, do poszukiwań włączyło się ok. 15 tys. wolontariuszy, w tym sam Arthur Conan Doyle, który postanowił zaangażować w sprawę jasnowidza. Na marne. Agatha znalazła się tak tajemniczo, jak zaginęła. Choć sprawnie, precyzyjnie i po mistrzowsku pozwalała swoim bohaterom rozwiązywać zagadki nagłych zniknięć i skomplikowanych morderstw, sama nigdy nie chciała odkryć własnej historii. Osobiste relacje były zbyt bolesne. Rozwód, którego może chciała uniknąć, jednak się wydarzył, ale dopiero dwa lata po zaginięciu. A potem... a potem był drugi ślub.

Archeologa Maxa Mallowana, 14 lat od siebie młodszego, poznała podczas jednej z wypraw wykopaliskowych. Pobrali się w 1930 roku i z tego, co czytam, wynika, że byli szczęśliwą parą. Wtedy akcja jej książek zaczęła przenosić się do Bliskiego Wschodu, gdzie do pracy wyjeżdżał Max, a z nim Agatha. Byli razem w Turcji, Iraku, Egipcie. Zapewne dobrze pamiętacie powieści osadzone w tych rejonach.

Mieli osiem domów. Agatha musiała tęsknić za Devonem, bo tam znaleźli dla siebie wakacyjną rezydencję (teraz dom można zwiedzać, bo dzięki National Trust jest publicznie udostępniony). Mieli też dom w Londynie, bo Max został profesorem archeologii na stołecznym uniwersytecie. Ich stałą rezydencją była jednak przede wszystkim  willa, oddalona od metropolii, zgiełku i pośpiechu. Willa w miasteczku pod Oksfordem.

Dom Agthaty Christie

Winterbrook House, dom Agathy Christie pod Oksfordem

Dom Agthaty Christie

 Willa ma status historycznego budynku, w którym nie można nic zmienić bez pozwolenia kustosza

 

To, co trudno znaleźć

Szukali domu w spokojnej części hrabstwa Oxfordshire. Nadarzyła się okazja. Historyczna willa klasy Grade II we wsi Winterbrook, zaraz pod Wallingford, jakieś 10 mil od Oksfordu. Teraz wieś jest częścią tego 900-letniego miasteczka. Mogę sobie wyobrazić to, że dom musiał dla Agathy stanowić oazę spokoju, miejsce do pisania powieści, bazę do urokliwych spacerów wzdłuż Tamizy, bazę niepozbawioną wygody i bliskości samowystarczalnego, przepięknego miasteczka. Winterbrook House był osłoną dla prywatności tej dobrze rozpoznawalnej pary i kryjówką przed wielką sławą.

Christie zmarła w 1976 roku, ale jej dom pozostawał nie do odnalezienia dla rzeszy fanów, aż do bardzo niedawna, kiedy na jednej z jego ścian zamontowano niebieską tabliczkę z informacją o jego byłych właścicielach. Ci, co mieszkają teraz w willi (prawnik z żoną i dwójką dzieci), nie mieli pojęcia, gdzie się wprowadzali.

Żeby jednak trafić do Winterbrook House, trzeba mieć w sobie coś z uporu detektywa-amatora. Google jest niepomocne w odszukaniu dom, bo po wpisaniu jego nazwy i imienia autorki odsyła nas do muzeum w miasteczku Wallingford, gdzie jest specjalna wystawa poświęcona pisarce. A Google'owa zmyłka czyni całą wyprawę jeszcze bardziej ekscytującą. Tym bardziej, że zawiera też mylące tropy odsyłające do innej pobliskiej wioski - Cholsey - ale tam domu Agathy i Maxa nie ma. Tam tylko leży ona, pochowana w miejscu, które sama dla siebie wybrała.

Poruszanie się po Wallingford autem to urocze zajęcie. Większość ulic w samym centrum jest jednokierunkowa bądź jednopasmowa i dwukierunkowa, co wymaga od kierowców nienapotkanej przeze mnie nigdzie indziej kurtuzacji w prowadzeniu samochodu. Wjeżdżając w wąziuteńką uliczkę, która z założenia jest dwupasmowa i na której nie mam pierwszeństwa, byłam przekonana, że to koniec wyprawy, bo zgodnie z narzuconymi zasadami ruchu mogłam spokojnie spędzić całe popołudnie, czekając na moją kolej. Tymczasem szybko przekonałam się, że mieszkańcy Wallingford z gracją potrafią ustąpić pierszeństwa, nakłonić do odkrywania miasta i przede wszystkim bardzo chętnie udzielić odpowiedzi na pytania. Byłam absolutnie zachwycona, jak babeczka w sklepie wyjaśniła mi dokładnie, jak dojść do domu pisarki, a potem, kiedy przedzieraliśmy się do Winterbrook w lodowatym deszczu siekającym nam po twarzach, auta zatrzymywały się, żeby umożliwić nam przejście przez ulicę z podwójnym wózkiem, zanim jeszcze zdążyliśmy postanowić o tym, że przechodzimy.

Wallingford

Jedna z uliczek Wallingford, stary sklepik z kawami i herbatami ma zółty szyld

Wallingford

Ręczne wyroby

Szliśmy zatem z centrum prosto na południe, przeszliśmy mały strumyk, oczywiście Winterbrook i znaleźliśmy się w dzielnicy pisarki. Wtedy wystarczyło podążać dalej prosto, mijając piękne wille, większość z nich miała imię strumyka w swojej nazwie, aż doszliśmy do białych drzwi. A potem zamajaczyła w deszczowym tle niebieska tablica. Winterbrook House pozostał chyba w ogóle niezmieniony od czasu Agathy i Maxa. Może żywopłot jest wyższy? Wyglądało na to, że prawnika z rodziną nie było w domu. Furtka kołysana wiatrem niebezpiecznie zapraszała do środka, ale na przyjście z nieproszoną wizytą do wielkiego domu na konserwatywnym (i trzeba dodać sympatycznym) południu hrabstwa nie miałam jakoś odwagi. Obejrzeliśmy dom, który podobno Christie do pewnego stopnia odtwarza w opowieściach o Miss Marple (muszę to sprawdzić) i postanowiliśmy wrócić z powrotem do centrum Wallingford. Jak mówią mieszkańcy miasteczka, wiele sklepów, których właściciele obsługiwali Agathę, wciąż istnieje. Nie zdążyłam dowiedzieć się, które to są dokładnie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby maleńki sklepik z herbatami i kawami świata był jednym z nich (a zakupienie tam świeżo zmielonej kawy gorąco polecam). Zresztą czy to istotne które?

Wallingford

Księgarnia w Wallingford wciąż przyjmuje tzw. book tokens - vouchery na zakup książek, a mnie się wydawało, że one dawno odeszły do lamusa.

Wystarczy zacząć sobie wyobrażać: Agatha wychodzi porankiem ze swojej willowej kryjówki odziana w grubszy jesienny płaszcz i angielskie kalosze. Idzie na spacer wzdłuż strumienia, potem dalej nad Tamizę, następnie wraca i siada w gabinecie do pisania. Po paru godzinach udaje się do miasteczka, spotyka po drodze dwóch znajomych. Kupuje kawę i cygara. Kawę dla siebie, cygara dla Maxa, bo choć mąż stara się bardzo przekonać żonę do palenia, tej zupełnie to nie podchodzi. Podobnie z winem. Nieprzekonana Agatha będzie w restauracjach zamawiać zwykle wodę do obiadu. Ja idę w ślady Agathy, bo tego dnia prowadzę. A wszystkim strapionym poszukiwaniami odwiedzającym bardzo polecam klimatyczną knajpkę The Old Post Office.

Wallingford kapelusze

Stary sklep z kapeluszami

Wallingford

Przestroga dla przyjezdnych z kontynentu: przechodząc przez ulicę, patrz w lewo :)

niedziela, 03 marca 2013

Szczecinianka z pochodzenia, mieszkanka Londynu z wyboru. Wyjechała w pogoni za pracą z książkami i takową znalazła. Jest jedną z najbardziej spełnionych bibliotekarek stolicy. Czyta namiętnie, doradza celnie, a do tego prowadzi świetnego bloga, oczywiście o czytaniu. Dabarai nie ukrywa, że mieszka w raju dla książkochłonów, bo, pomimo tego że rynek księgarski na Wyspach przeżywa trudności, oferta lekturowa Londynu jest tak bogata, że aż trudna do opisania. W życiu w londyńskim królestwie książkowym towarzyszy jest Ulubiony Anglik, którego po prostu nie można nie polubić. Zapraszam serdecznie na spotkanie z Dabarai.

Jak to się stało, że znalazłaś w Londynie? Dlaczego akurat tam?

Powód mojego przyjazdu był raczej bardzo prozaiczny i trywialny - praca. Pracując jako bibliotekarka w Polsce nie zarabiałam wiele, ta sama praca w Wielkiej Brytanii była o wiele lepiej płatna, w dodatku miała lepsze perspektywy. Do tego dość miałam mojego Szczecina, z różnych względów, a Londyn był zawsze miastem, które mnie pociągało, fascynowało i kusiło. Najpierw zwiedzałam Londyn kilkakrotnie jako turystka, za każdym razem dochodząc do wniosku, że właściwie to, co widziałam, to tylko wierzchołek góry lodowej, potem zaczęłam się na poważnie zastanawiać nad wyjazdem. Nie miałam żadnych dalekosiężnych planów, nie wiedziałam, na jak długo chcę na Wyspie zostać. Miałam jednak sporo szczęścia. W podjęciu decyzji pomógł mi fakt, że nie jechałam zupełnie w nieznane. Przez pierwsze trzy miesiące mieszkałam z moim ojcem, dojeżdżając do pracy z drugiego końca miasta, to mi pomogło nieco Londyn oswoić. Była to moja pierwsza przeprowadzka w życiu. I nie żałuję mojej decyzji. Osiem lat minęło od dnia mojego przyjazdu. We wrześniu 2004 roku spakowałam plecak, dużą torbę i (po raz ostatni) wsiadłam w autokar, tym razem z biletem tylko w jedną stronę.

Tower bridge

Rzeczna okolica Tower Bridge

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz je jeszcze?

Moje pierwsze tygodnie w Londynie spędziłam na poszukiwaniu pracy w bibliotece. Okazało się jednak, że nie jest to taka łatwa sprawa, nie miałam wiele doświadczenia, więc mój ojciec dał mi delikatnie do zrozumienia, że powinnam nieco obniżyć loty, poszukać jakiejkolwiek pracy i zacząć na siebie zarabiać! Posłuchałam go i wysłałam zgłoszenie

do kilku księgarni, bo pomyślałam sobie, że mimo wszystko to też praca z książkami! Kilka dni później zaczęłam pracę na Wimbledonie, w nieistniejącej już księgarni sieci Books Etc.  Bardzo lubiłam moją pracę, mimo iż była kiepsko płatna i (był to okres przedświąteczny) czasem stresująca. Czasem zastanawiam się, co by się stało, gdybym dostała pracę w innym miejscu, jak wtedy potoczyłoby się moje życie w Londynie... Nie wiedziałam tego jeszcze, ale właśnie tam poznałam kogoś, dla kogo planuję pozostać w Wielkiej Brytanii na stałe.

Tak naprawdę to moja samodzielna przygoda z Londynem zaczęła się w styczniu 2005 roku. Zaczęłam pracę w upragnionej bibliotece, przeprowadziłam się, zostałam sama. Okazało się wtedy, że samotność to coś, co każdy, a tym bardziej imigrant, musi jakoś oswoić. Poza moim ojcem i jego znajomymi na drugim końcu miasta nie miałam właściwie żadnych znajomych. Nie mieszkałam też, jak wielu naszych rodaku, w "polskim" domu. Moimi pierwszymi współlokatorami byli Francuzka, Szkot i sympatyczny chłopak z RPA. Nie nawiązuję łatwo znajomości, więc większość czasu spędzałam sama, dużo czytałam, oswajałam się z nową, nieznaną dzielnicą Londynu. Potem zaczęłam poznawać Londyn w towarzystwie Ulubionego Anglika.

London Eye

Londyńska perspektywa


Jak Ci się teraz mieszka w Londynie? Jak traktujesz miasto?

Kocham Londyn! Kocham to miasto pomimo jego wad, pomimo brzydoty, przeludnienia, kosmicznych cen mieszkań, tłoku na ulicach, nachalnych ulicznych roznosicieli ulotek i wiecznych problemów z transportem. Kocham Londyn, bo to miejsce pełne życia, pełne ludzi, pełne historii. Ciągle coś się tu dzieje, zmienia, rośnie, a jednocześnie są też pewne miejsca, które pozostają niezmienione od wieków. Niektóre dzielnice zmieniają się niemalże z dnia na dzień, rosną nowe strzeliste biurowce, centra handlowe, stacje metra są przebudowywane i rozbudowywane, do tego powstała właśnie cała wioska olimpijska, nowy stadion i park.  Z drugiej strony - w samym centrum miasta stoją od wieków budynki Parlamentu ze słynnym Big Benem, pałac Buckingham, katedra Świętego Pawła - znane na całym świecie zabytki, ale także miejsca, które wciąż kwitną życiem - w nich się wciąż mieszka, modli, pracuje, codziennie obcując z wielowiekową, oswojoną historią. Kocham Londyn właśnie za te spotykane wszędzie sprzeczności. Za to, że historia i nowoczesność mieszają się ze sobą. Za to, że obok gwarnego City znajdują się Hyde Park i Kensington Gardens, 253 hektary zieleni, od czterystu lat służące mieszkańcom stolicy jako miejsce wypoczynku, spotkań towarzyskich i ważnych wydarzeń. Niesamowite są też londyńskie księgarnie, antykwariaty i sklepy charytatywne, w których często za grosze można kupić prawdziwe skarby. Pomimo tego, że rynek księgarski przeżywa kryzys, znikają sieciowe i specjalistyczne księgarnie, to wciąż Londyn jest rajem dla książkochłona takiego jak ja!

Podobno (według opinii UA) zachowuję się też jak prawdziwa mieszkanka Londynu - znam skróty i małe, zapomniane uliczki, niektóre dzielnice znam nawet lepiej niż Ulubiony (Rodowity) Anglik, codziennie jeżdżę do pracy na rowerze, kręcę nosem na turystów i stoję w kolejkach na przystankach autobusowych. Jestem wierną mieszkanką południowego Londynu, na samą myśl o przeprowadzce na daleką PÓŁNOC dostaję dreszczy - Tamiza to taka naturalna granica oddzielająca dwa plemiona Londyńczyków...  Oswajam miasto, a miasto oswaja mnie - w dalszym ciągu nie zwiedziłam wszystkich miejsc, zabytków, galerii, dzielnic, ale pocieszam się, że mam na to duuużo czasu... Mimo wszystko jestem realistką. Londyn to miasto bardzo drogie, wiele osób przeprowadza się poza jego granice, tam gdzie taniej, dojeżdżając do pracy pociągami, inni przenoszą się do innych miast, gdzie stać ich na kupno domu z ogrodem, a nie małego, ciasnego mieszkanka. Jak to będzie kiedyś, to się okaże, ale na pewno bym za Londynem tęskniła.


LondynLondyński niezbędnik - Brompton. Tym akurat jeździ Ulubiony Anglik, ale Dabarai ma identyczny

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Nie pamiętam właściwie żadnych wielkich rozczarowań czy wpadek... Zdarzały się językowe nieporozumienia, na przykład te polegające na nieznajomości angielskiego rynku książki... Ktoś zapytał mnie kiedyś o książki Ladybird (słynna seria książeczek dla dzieci), a ja skierowałam ich w stronę książek o biedronkach (ladybird to właśnie po angielsku biedronka...) Natomiast sporo rzeczy mnie wciąż irytuje lub śmieszy. Znienawidzone angielskie krany, których na szczęście nie spotyka się już tak często jak kiedyś. Z jednego leci ukrop, z drugiego lód. Żeby wymyć ręce, trzeba się najpierw oparzyć, a potem ewentualnie ukoić ból poparzonych palców w lodowatej wodzie. Można, co prawda, zatkać umywalkę korkiem i napuścić tam wody, ale na litość boską, kto ma na to czas?! Nie mówiąc już o tym, że to czasem niezbyt higieniczne... Co jeszcze? Angielskie okna (na każdą wzmiankę o nich UA przewraca oczami i wzdycha) - większość z nich otwiera się na zewnątrz i nie da się ich normalnie umyć. Niektóre otwierają się tylko troszeczkę. Zdarzają się okna nieszczelne, zdarzają się też zbyt szczelne, przy których pojawiają się zacieki a nawet pleśń.

Jeśli chodzi o odkrycia, to jest ich znacznie więcej. Na przykład niesamowita ilość różnorakich restauracji serwujących dania ze wszystkich stron świata. To właśnie w Londynie po raz pierwszy jadłam japońskie sushi, chińskie dim sum, czy prawdziwe pyszne dania ze Sri Lanki. Fantastyczny jest w Londynie także łatwy dostęp do muzeów, wystaw czy wernisaży. Najsłynniejsze galerie i muzea są bezpłatne. Często dostępne są też roczne przepustki, które uprawniają do wstępu na ciekawe wystawy i wernisaże, na przykład w słynnej galerii Tate. Natomiast ostatnie moje odkrycie to rowery! Nagle wszystko staje się jakoś bliższe, bardziej dostępne i mniej zatłoczone. Ścieżki rowerowe, łatwe do nawigacji i bardzo widoczne, możliwość wypożyczenia roweru w centrum miasta (słynne niebieskie rowery Borysa...), mnóstwo sklepów ze sprzętem rowerowym i gadżetami, a do tego składane rowery, które nam pozwalają zapakować się do metra, dojechać do centrum i tam rozłożyć rower. Łatwo nimi dojechać do jednego z londyńskich parków czy skwerków, urządzić sobie piknik, odpocząć, czytając książkę, a wieczorem pojechać do domu. Jedyny minus to to, że pracując na pełen etat nie mam zbyt wiele czasu na zwiedzanie Londynu, na odkrywanie go tak często, jak bym tego chciała. Właściwie wielu mieszkańców Londynu na co dzień porusza się tylko w obrębie jednej czy dwóch dzielnic. Wyjazdy do centrum miasta to głównie zajęcie na weekend, podróż z jednego krańca miasta na drugi może zabrać sporo czasu, a do tego może być kosztowne (ceny biletów są horrendalnie wysokie!). Są jednak weekendy, kiedy ciągnie nas do odległych dziennic, do pełnego turystów centrum, bo nie ma nic lepszego niż atmosfera miasta buzującego energią i pozytywnymi wibracjami.

Londyn

Cmentarz Highgate

Jakie książki o Londynie poleciłabyś czytelnikom?

Uwielbiam czytać powieści, które opowiadają o miejscach mi znanych. Lubię też, kiedy po przeczytaniu jakiejś książki mam ochotę podążyć ścieżkami, o których opowiadał jej autor. Tak było z Audrey Niffenegger  i jej "Her Fearful Symetry" (polski przekład "Lustrzane odbicie") - bohaterkami tej wciągającej powieści o duchach, miłości i relacjach rodzinnych są siostry bliźniaczki, które mieszkają tuż obok słynnego cmentarza Highgate. Kiedy skończyłam czytać powieść, nabrałam strasznej ochoty na wycieczkę na ten cmentarz! Faktycznie, robi on na zwiedzających niesamowite wrażenie, przede wszystkim część zachodnia, która można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Fantastyczne, wiktoriańskie pomniki, ogromne mauzolea, nagrobki, a wszystko w otoczeniu starych drzew, ocieniających ścieżki i tworzących niesamowitą atmosferę. Polecam i książkę i cmentarz! Inne książki, których akcja toczy się w Londynie to na przykład "Brick Lane" Moniki Ali - autorka umieściła akcję swojej powieści w słynnej dzielnicy we wschodnim Londynie, a bohaterami są imigranci z Bangladeszu. Z kolei o Londynie, którego już nie ma opowiada fantastyczna książka Jennifer Worth "Call the Midwife". Są to wspomnienia Worth, która w latach latach pięćdziesiątych zaczęła pracę jako położna w dzielnicy portowej Docklands, najbiedniejszej części Londynu. Jej opowieść jest przejmująca, poruszająca, często dowcipna i pełna niesamowitych, prawdziwych bohaterów. East End, dzielnica, w której toczy się akcja książki Weir, zmienił się nie do poznania, więc jej wspomnienia są pewnego rodzaju socjologicznym dokumentem nieistniejącego już świata.

Jakiś czas temu odwiedziłam z Ulubionym Anglikiem polecaną przez Padmę wystawę w British Library zatytułowaną "Writing Britain: Wastelands to Wonderlands", która ukazuje literackie krajobrazy Wielkiej Brytanii, pokazując w jaki sposób miasto, wieś, dzika przyroda, czy rzeki inspirowały brytyjskich pisarzy i poetów. Dzięki wystawie przypomniałam sobie o kilku interesujących pisarzy piszących o Londynie, których książki chciałabym kiedyś przeczytać, na przykład Hanif Kureishi "The Buddha of Suburbia" ("Budda z przedmieścia") , Zadie Smith, "White Teeth" ("Białe zęby")... Ach, książki, których akcja toczy się w Londynie, a których jeszcze nie czytałam, jest baaardzo dużo... , "Thames: Sacred River" Petera Ackroyda, "Great Stink" Clare Clark, Dickens...  Natomiast Ulubiony Anglik poleca za moim pośrednictwem wyjątkowo wciągającą książkę "Underground, Overground. A Passenger's History of the Tube" autorstwa Andrew Martina, czyli opowieść o londyńskim metrze.

Londyn

 Kyoto Gardens w Holland Parku

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Dabarai.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



czwartek, 28 lutego 2013

World Book Night 2013W tym roku dobędzie się trzecia edycja wielkiej akcji rozdawania książek w Wielkiej Brytanii World Book Night, a mi jest niezmiernie miło, że po raz kolejny zostałam wolontariuszem tej sympatycznej inicjatywy. Tym razem podaruję "A Little History of the World" E. H. Gombricha - książkę, która była moim faworytem na tegorocznej liście. Szczerze mówiąc, lista w tym roku nie była oszałamiająca, dlatego odnalezienie na niej tej pozycji było jak wyłowienie perełki z przyciemnionego dna.

E. H. Gombrich A Little History of the World

Dwadzieścia egzemplarzy książki przywędruje do mnie na tydzień przed akcją, która ruszy pełną parą wieczorem 23 kwietnia. Tak, jak w poprzednich dwóch latach, planuję świętować Noc Książki w Londynie. Na razie jeszcze nie wiadomo, co dokładnie i gdzie będzie się działo, ale jak tylko pojawi się plan, to dam Wam znać.

Postanowiłam, że część książek prześlę do Sreepur Village. To organizacja charytatywna, która utrzymuje ośrodek dla bangladeskich kobiet po przejściach i ich dzieci.  Kobiety uczą się tam zawodu, otrzymują małe wynagrodzenie za swoją pracę, a po wyjściu (zostać mogą w ośrodku do 5 lat) mają dostęp do konta bankowego, gdzie zgromadzone zostały dla nich oszczędności nazbierane przez lata pracy i pobytu w Sreepur Village. W tej chwili mieszka tam ponad 130 kobiet wraz z dziećmi i myślę, że przynajmniej którąś z nich uraduje książka Gombricha.

Poza tym, jak w latach poprzednich, chętnie podzielę się książką z Wami. Chciałabym jednak, żeby ci, do których ona trafi po przeczytaniu posłali ją dalej, by w ten sposób możliwie jak największa liczba osób miała do niej dostęp. Kto ma ochotę na "A Little History of the World"?


LondynW kwietniu moje przyjaciółki z liceum zatrzymają się na chwilę w Londynie, wracając z Barcelony. Lądują na Stansted, skąd łatwo można dostać się do londyńskiej Liverpool Station. Specjalnie dla nich popełniam tą kilkugodzinną trasę po najstarszej części stolicy (the City), zahaczając o wschodnie bądź południowe części (podaję dwie alternatywne drogi). Po tych okolicach spacerowaliśmy z małą Natalie i z jej trzyletnią kuzyneczką Zuzią, więc wycieczka spokojnie nadaje się na rodzinny wypad, polecam wtedy tylko zabranie odpowiednich wózków, nosidełek. Jeżeli ktoś zaczyna wyprawę po Londynie od innej części i musi przemieścić się z dziećmi w stronę City, to polecam zdecydowanie metro, bo jest najszybsze, a do tego można w nim po ruchomych schodach zjechać z wózkiem dziecięcym (!).

Pocztątek: dworzec Liverpool Station
Proponuję spacer ulicą London Wall do Museum of London. London Wall jest jedną z najstarszych ulic w stolicy, co więcej można wypatrzeć na niej kawałki (a właściwie kawalątka) starego muru średniowiecznego. Mur nieźle wkomponowany jest architekturę finansowych wieżowców i bardzo łatwo znika z oczu. Najlepiej widać go jednak z pierwszego piętra Muzeum Londynu.

Museum of London

Londyn XX-wieczny

Bardzo gorąco polecam odwiedzenie Muzeum, bo jest świetnie przygotowane, niezwykle przekonujące w sposobie prezentowania klimatu miasta w różnych epokach. Co prawda zrobione jest konwencjonalnie linią czasową, od pre-Londynu i jego osadników znad Tamizy sprzed tysięcy lat, po czasy rzymskie, wiktoriańskie, szalone lata 20-te, wojnę, kryzys aż po współczesną stolicę, ale łatwo można skupić się na ulubionych, wybranych częściach. Polecam zwłaszcza malutką gablotkę, która pokazuje, co kiedyś znajdowało się na miejscu Heathrow (pierwsza sala), film o tym, jak zaraza czarnej dżumy zdziesiątkowała miasto (genialnie utrzymany w klimacie grozy), maszynkę, która otwarza teksty w staroangielskim, średnioangielskim, staroniemieckim, języku Wikingów, hebrajskim i paru innych. Świetny jest też film o Wielkim Pożarze, który strafił większość miasta w 1666 roku. W tej sali warto zwrócić uwagę na to, jak wyglądała jeszcze do XVI wieku katedra św. Pawła (St. Paul's Cathedral), a potem przejść się pod dzisiejszego Paula (to 5-10 minut drogi od Muzeum) i zobaczyć wielką różnicę. Na parterze zgubić można się w XVIII-wiecznym ogrodzie dworskich rozrywek albo w wiktoriańskich sklepach, które zostały cudnie odtworzone. Dalej najbardziej podobały mi się filmy z samego początku XX wieku, nieme, żywe, na których Londyńczycy strajkują, masowo opuszczają fabrykę (tysiące osób wychodzi z bramy o tej samej porze), jeżdżą tramwajami i się bawią. W sali obok można z kolei przeliczyć sobie, ile zarabiałoby się w XX wieku w danej profesji (ważne jest tutaj rozgraniczenie: jako kobieta albo jako mężczyzna, bo kobiety z reguły zarabiały mniej), ile pensji pochłonęłyby wydatki domowe i ile zostawałoby w kieszeni. Odkrycie dość smutne :)

Museum of London, biurko wiktoriańskie

Model biurka szefa banku z czasów wiktoriańskich. Museum of London

To, co mi się bardzo podoba w muzeum to to, że mówi ono sporo nie tyle o samej historii miasta, ale o jego nastrojach, poglądach. W zakątkach można zobaczyć filmy z młodymi londyńczykami, podkreślające multietniczny i multikulturowy charakter dzisiejszej stolicy. Muzeum jest darmowe. Ma dwie kawiarenki, i oczywiście sklep.

Przy brzydkiej pogodzie i atrakcyjnej ofercie Barbicanu, można z Muzeum udać się do centrum kulturalnego, które jest szalenie blisko. Polecam najpierw sprawdzić, co można w Barbicanie zobaczyć. My chcieliśmy niedawno dostać się do Rain Roomu - wystawy, gdzie "można sterować deszczem", ale kolejka do galerii jest tak długa (co najmniej dwie godziny stania), że zrezygnowaliśmy.

Londyński Barbican

Żeby zobaczyć, trzeba poczekać - dwugodzinna kolejka do Rain Roomu w Barbicanie

Po wycieczce muzealnej warto czymś pokrzepić ciało. W okolicach Barbicanu jest wiele jadłodajnii. Dla tych, którzy nie będą mieli wiele czasu, polecam szybki zakup kanapki bądź sałatki w jednej z sieciówek: Pret a Manger bądź Eat i spałaszowanie jej po drodze (oba lokale są na Long Lane).

Potem schodzimy Aldersgate Street i potem St Martin's Le-Grand w dół w stronę katedry św. Pawła. Ci, którzy lubią francuskie kanapki i ciasteczka, mogą przy St Paul's wpaść do Paula - kawiarenki-siecówki serwującej francuskie specjały.

Od św. Pawła zaplanowałam dwie trasy. Pierwsza wiedzie na południe a druga dalej na wschód.

Trasa 1. Po drugiej stronie Tamizy
Od katedry udajemy się w dół i przez Millenium Bridge przedostajemy się na drugą stronę rzeki. Z mostu znakomicie widać Tower Bridge i wieżowce Canary Wharf. A z drugiej strony lekko jeszcze zamajaczy Parlament i Big Ben. Tym, którzy lubią sztukę współczesną, polecam odwiedzenie Tate Modern. Tylko zaznaczam, że stała kolekcja i same wystawy czasowe pochłoną co najmniej pół dnia. Tych, którzy chcą sobie po prostu obejrzeć ten kolosalny budynek i trochę miasta, zachęcam na wjechanie albo na ostatnie piętro, gdzie jest bar i restauracja, albo na drugie, gdzie jest kawiarenka. Widok jest świetny, nawet przy brzydkiej pogodzie.

Millenium bridge i tate modern

Millenium Bridge, pełen ludzi nawet przy brzydkiej pogodzie

Z Tate podążamy wzdłuż Tamizy na wschód. Będąc przy London Bridge warto zahaczyć o Borough Market, znakomity rynek z całą galerią dóbr, o których nawet się nie śni. Ceny też potrafią być znakomite, ale coś tam zawsze można wyłowić, nie wspominając już o klimacie starego rynku. Borough Market będzie zawsze kojarzył mi się ze Świętami, bo teść zwykle nabywa tam rarytasy na Boże Narodzenie, a my nie możemy się nadziwić, że sery, powidła czy trufle mogą tak smakować i eghm... tyle kosztować :)

Borough Market

Czarodziejskie stragany na Borough Market

Z rynku przechodzimy na St Thomas Street, gdzie niedawno powstał najwyższy budynek w Europie The Shard. Spiczasta konstrukcja ma 70 pięter, na dole biura, wyżej hotel, najważniejsze jednak jest to, że można wyjechać na sam jej szczyt, skąd musi rozciągać się nieprawdopodobny widok na miasto. Wjazd kosztuje 26 funtów, ale dla tych, którzy tak jak ja kochają widoki z góry, na pewno będzie to dobrze wydana kwota :) Ja miasta oglądać z góry muszę, sprawia mi to niesamowitą przyjemność i złudne wrażenie, że obcuję z miastem lepiej, intensywniej.

The Shard

The Shard, szpiczasty drapacz z tarasem widokowym na samym szczycie

Muszę też dodać, że na St Thomas Street znajduje się dom, w którym mieszkał John Keats - warto się przyjrzeć, dom oznaczony jest niebieską plakietką. O ile się nie mylę, znajduje się tam teraz centrum medyczne.

Ulicą świętego Tomasza można potem dojść do Tower Bridge. Tym, którzy wymagają pokrzepienia ciała w tym momencie, polecam przed dojściem do mostu skręcenie z St Thomas Street w Bermondsey Street - to fajna, ciekawa uliczka z licznymi kafejkami. Tutaj na pewno nie będzie żadnych turystycznych tłumów. Po tym przystanku wchodzimy na spektakularny Tower Bridge (polecam zwłaszcza jak się ściemni, wygląda bajkowo) i przechodzimy z powrotem na północną część Londynu.

Tower bridge

Bajkowy Tower Bridge późniejszą porą

Stamtąd ulicą Minories udajemy się w stronę Aldgate. Przed stacją metra Aldgate skręcamy w White Chapel Road. Będziemy podążać w stronę Brick Lane. Po drodze można wpaść do Whitechapel Gallery - warto! Galeria, która powstała ponad 100 lat temu specjalizuje się w sztuce XX-wiecznej.

Tutaj się jednak zatrzymam, bo zanim ruszymy do bangladeskiej dzielnicy Londynu, chciałabym aby dotarła do nas trasa nr 2.

 

Trasa 2. Arkana centrum finansowego.


Z okolic katedry św. Pawła ruszamy ulicą Cheapside w stronę Banku. Bank of England jest kolosalnym budynkiem o przyciężkawej architekturze. Kiedyś wyglądał zupełnie inaczej, jak zaprojektowal go John Soane. Swoją drogą przy okazji innej trasy polecam bardzo gorąco obejrzenie Muzeum Johna Soane'a, bo to jeden z najdziwiejszych i najciekawszych domów w stolicy (ale to są okolice Holborn, więc spory kawałek od miejsca, gdzie teraz jesteśmy). Część Banku stanowi malutkie muzeum poświęcone nie tyle historii instytucji, co samej historii finansowej Anglii. Wnętrza są znakomite, pysznie bogate, więc warto wejść chociażby, by im się przyjrzeć. W środku osoby, które są podobnej skali ignorantami finansowymi, co ja mogą dowiedzieć się mogą, czym jest i jak teraz działa inflacja, po czym poznaje się wiarygodność sztabki złota, jak kiedyś wyglądały angielskie banknoty etc. etc. Mnie jednak najbardziej ciekawiła mała gablota poświęcona Kennethowi Grahamowi, autorowi "O czym szumią wierzby", który pracował w Banku przez wiele lat. W muzeum można nawet posłuchać historii o krecie i szczurze. Muzeum jest bezpłatne i czynne tylko w ciągu tygodnia.

Londyńskie City

Dzielnica the City

bank of England

 Pompatyczny Bank of England

Londynskie city

Miejskie rowery w Londynie sponsoruje bank Barclay's

Londynskie city

Wyjście z Banku

Stamtąd idziemy Cornhill w stronę Aldgate. Koniecznie trzeba się przyjrzeć pubom i lokalom na tej ulicy - większość z nich ma wciąż niesamowite, wyktwintne XIX i XX-wieczne wnętrza z olbrzymimi żyrandolami i pięknie zestarzałą boazerią. Potem jesteśmy na Leadenhall Street. Centrum finansowych drapaczy chmur. Po lewej znajduje się modernistyczny budynek Lloydsa, przypominający ciąg rur i połączeń. Po prawej mieni się sławny Gherkin - wieżowiec w kształcie ogórka.

Londyńskie City

Ekskluzywne sklepy

Londyńskie City

 i wnętrza

W godzinach lunchu bądź po 17.00 ulice centrum pełne są garniturów. Zdecydowanie rzadko napotkałam garsonki :) Spora część pracowników the City przemyka z teczkami bądź aktami.

Londyńskie City

W tle finansowy Ogórek

Londyńskie City

Ludzie dzielnicy finansowej

Londyńskie City

Panie reklamujące "masaż tajski", dzielnica finansowa

Stamtąd idziemy dalej na wschód w stronę Aldgate. I tutaj ta trasa łączy się z pierwszą.
Jesteśmy na Whitechapel Road, z niej skręcamy w lewo w Brick Lane. Uliczka została osławiona powieścią Moniki Ali (książka została jakiś czas temu zekranizowana, warto po nią sięgnąć przed wycieczką w te rejony). Wzdłuż ulicy i w uliczkach pobocznych mnóstwo jest bengalskich knajpek, do których właściciele będą namiętnie zapraszać. Nie polecę Wam żadnej z knajpek, bo nie mam wielu doświadczeń gastronomicznych z tego rejonu, poza tym po sukcesie książki lokale przeżyły mocny boom, który niekoniecznie dobrze na nie wpłynął.

Brick Lane

Dzielnica bangladeska

Brick Lane

Okolice Brick Lane

Brick Lane

 Czytający w jednym z bangladeskich sklepików na Brick Lane

Brick Lane restuaracja

Curry restauracje

Bangladeskie rarytasy

Bangladeskie rarytasy

W tej okolicy jest mnóstwo jadłodajnii, więc jest w czym wybierać, zwłaszcza jeżeli pójdzie się do Spitalfields Market, jednego z najstarszych rynków w Londynie (powstał w czasach wiktoriańskich), gdzie można zakupić całą masę rzeczy: od jedzenia, po rzeczy vintage, płyty, akcesoria a na dziełach sztuki skończywszy. Rynek otwarty jest teraz siedem dni w tygodniu, a dookoła niego siedzą przycupnięte rzędy kafejek. Sporo z nich to małe, zrobione z pomysłem niezależne lokale. W środku z kolei znajdziecie trochę sieciówek (Wagamamę, Gourmet Burger Kitchen etc). Warto tu poszperać i coś przekąsić.

Spitafields market

 Biżuteria. Spitalfields Market

Spitafields market

 Muzyka. Spitalfields Market

Spitafields market

Butik z manicure ucharakteryzowany na wnętrze samolotu. Spitalfields Market

Z rynku idzie się jedynie 5 minut do Liverpool Station (podążaj ulicą Bishopsgate), gdzie ta trasa zatacza koło. Po drodze można zaliczyć jeszcze tradycyjny pub albo szybką przekąskę w którymś z barów. Ci, którzy wolą więcej czasu spędzić na buszowaniu po straganach a na lunch chcieliby zjeść curry, mogą tą trasę wykonać w kierunku przeciwnym do tego, który podałam (najpierw Old Spitalfields Market, na końcu Museum of London czy Barbican).

 

English restaurant

 W drodze do Liverpool Station

Piątek w pubie

 Piątkowy wieczór w pubie

Pub okolice Liverpool station

Ciemną nocą pub o brzydkiej nazwie

Sushi bar, okolice Liverpool station

Bar w okolicy dworca Liverpool Station

Życzę przyjemnego spacerowania i założę się, że po drodze odkryjecie wiele rzeczy, o których tutaj nie wspomniałam i to będzie w tej wycieczce najfajniejsze. Poniżej mapki, choć najlepiej jest sobie wydrukować "na świeżo" z Google'a.

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Museum Londynu, katedry św. Paula i Banku

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Tate Modern, London Bridge i Tower Bridge (na mapce zielony A100)

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Aldgate, Whitechapel, Brick Lane i Spitalfields Market

wtorek, 05 lutego 2013

Na angielskich ulicach często można spotkać bezdomnych. Albo stoją przy sklepach i sprzedają magazyn Big Issue, ze sprzedaży którego się utrzymują, albo siedzą w bramach, przed witrynami, czy śpią przy wejściach do luksusowych, wieczorami niezamieszkałych kamienic. Ilekroć wracam wczesnym rankiem z okolic londyńskiego dworca Victoria, widzę, jak bezdomni budzą się po nocy spędzonej przed wielkimi drzwiami jednej z firm mieszczących się przy Grosvenor Gardens. Towarzyszy im zazwyczaj potworny smród. Tuż przed otwarciem biur znikają i gdzieś ginie też ich nieprzyjemna woń. Zawsze zadzwiłał mnie ten pokojowy podział na to, kto kiedy korzysta z kamienicy, ta niepisana umowa wspólnego wynajmu, w której nie ma stróża z kijem bejsbolowym, ani wściekłego psa. Są za to jedni nocą, a drudzy za dnia.

Okolice dworca Victoria kiedyś były noclegownią bezdomnych Polaków, którzy po dostaniu się autokarem do Wielkiej Brytanii, zostali oszukani i ogołoceni przez obiecujących złote góry łatwych pieniędzy. Teraz jest ich znacznie mniej - tak przynajmniej sądzi mój znajomy, który jest wolontariuszem w organizacji charytatywnej Shelter, pomagającej bezdomnym.

Z ciekawości sięgnęłam po najnowsze dane statystyczne opublikowane niedawno przez rząd brytyjski. Okazuje się, że obecnie (dane pochodzą z 2011 roku) jedynie niewielka liczba bezdomnych to obcokrajowcy – tylko 14%, a z nich jedynie jedna szósta to osoby z Europy Środkowo-Wschodniej.

Bezdomni w Wielkiej Brytanii to jednak wcale nie tylko złamane życiorysy, niefortunnie układające się losy, rozstania czy osamotnienie. Bezdomność to też wybór stylu życia. Kiedyś oglądałam zaskakujący program o tych, którzy nie chcą mieć stałego zamieszkania i wolą spać w plenerze. Pokazywał to, czego w stereotypie bezdomnego się po prostu nie spotyka. Pokazywał, że można mieć potrzeba bycia ulicy, a nie być do niej przymuszonym.

Kiedy spotykam czytających bezdomnych (a to wcale nie zdarza się rzadko), to myślę sobie, że może to właśnie jeden z tych, którzy wybrali mieszkać właśnie w takim stylu. Tak jak ten pan ze zdjęcia poniżej, które dołączam do Tyglowej serii zatytułowanej "Uroki czytania".

A Wy spotykacie bezdomnych?

Bezdomny z książką

Bezdomny czytający na ulicy Strand w centrum Londynu

 

***Inne zdjęcia z tego cyklu:

czytanie w wanie

czwartek, 24 stycznia 2013

Witam Was serdecznie po dłuższej przerwie. Sporo się przemieszczaliśmy w okresie świątecznym i nie miałam okazji, żeby cokolwiek napisać. Jestem teraz w Polsce, skąd składam Wam najlepsze życzenia noworoczne. Wszystkiego dobrego w 2013! Wciąż nie mam czasu na dłuższe narracje, dlatego publikuję tylko szybkie okołonoworoczne migawki z południowej Anglii, gdzie spędziliśmy słodkie 2,5 tygodnia z dziewczynkami, naszą kochaną aupairką i przyjaciółmi.

Arundal, zamekZamczysko w miasteczku Arundal. Wciąż zamieszkałe przez jego arystokratycznych właścicieli. Dla mnie to najbardziej malowniczy zamek w Anglii

Arundal knajpka

Arundal, włoska knajpka (trattoria przy głównej ulicy, nie pamiętam nazwy), gdzie można przy obiedzie zagrać w Scrabble. Zwykle gry dostępne są w tradycyjnych, angielskich pubach, więc scrabelki we włoskiej jadłodajni były dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem (wyglądało na to, że drużyna taty wygrywała ku radości blondwłosej dziewczynki).

Arundal księgarnia

Książkowa fretka. Urocze :)

Arundal, zamekZamczysko od podnóża wprowadza cudownie gotyki nastrój.

Arundal pizzernia

Gry i zabawy przy pizzy

Arundal

Sklepiki w Arundalu. Shop, eat and do - cóż można chcieć więcej :)

Arundal rzeźnik

Tradycyjny rzeźnik para się też dziczyzną

Arundal knajpka

Niedziela bez gazety nie byłaby niedzielą

Brighton

Brighton. Pawilon królewski. Dziwaczny i intrygujący

Brighton

Brighton. Stare kamienice nadmorskie z czasów dawnej świetności

Brighton

Bulwar w Brighton z nadciągającą mgłą

Brighton

Urokliwa, brązowa plaża przy niskim przypływie

Brighton

Molo w Brighton. Szkoda, że zaśmiecone miejscami z tanią rozrywką. Z morza prezentuje się cudnie.

Brighton

Brighton we mgle wygląda znacznie lepiej.

Littlehampton, Easte Beach Cafe

Littlehampton, znana East Beach Cafe, która była architektonicznym cudem designu w tym małym, południowym, gasnącym miasteczku. Niestety kawy się tu nie serwuje od 11.30-14.00, więc zamiast przy nowoczesnym stoliku z widokiem na morze siedziałyśmy z naszą au pairką w tradycyjnej, angielskiej knajpie, gdzie serwuje się klasykę typu jacket potato. Też było ciekawie :)

LittlehamptonZimowa, ale nie senna plaża w Littlehampton. Uwielbiam kurorty poza sezonem. Mają tyle więcej uroku!

Littlehampton

Feria kolorów według Littlehampton

LittlehamptonNapis na łodzi głosi: "Wskazówki wędarskie: Zadzwoń do Johna, on ci złowi"

Londyn, wschodniopołudniowy Londyn

Londyn, południowy-wschód, dzielnica Bermondsay, pada.

Londyn, wschodniopołudniowy Londyn

Okołoświąteczny czas w Borough Market, gdzie można dostać smakowite rzeczy z najróżniejszych części świata. My zapolowałyśmy na prozaiczną francuską bagietkę - warto było :)

Londyn, Millenium bridge

Millenium Bridge, londyńskie sporty zimowe :)

Londyn

Mnichom zima nie przeszkadza

Londyn, City

Wieczorne światła w londyńskim City. Uwielbiam czerwone autobusy

londyn, tower bridge

Tower Bridge w świetlnej okazałości

Londyn, covent garden

Sentymentalny spacer w Covent Garden. Kiedyś tu pracowałam.

Londyn, covent garden

Covent Garden Piazza. W dole śpiewa arię śpiewaczka operowa w dżinsach :) Głos miała po prostu boski

noworoczna wystawa księgarni London Review of Books Bookshop

Jeden z moich ulubionych londyńskich przystanków: London Review of Books Bookshop w pobliżu British Museum. Hitem tej zimy była najnowsza książka Z. Smith "N-W".

Londyn, Chinatown

Rodzina w jednej z restauracji w Chinatown

Londyn, the strand

Nieśmiertelne budki telefoniczne. Jedna z piękniejszych dekoracji brytyjskich ulic wszech czasów :)

Natalie wita nowy rok

Londyn schodziłyśmy z Anią, naszą au pairką. Tej małej osóbce stolica podobała się jednak najbardziej. Życzę Wam, abyście w 2013 roku mieli wiele okazji, żeby dzielić z małą Natalie takie uśmiechy!

sobota, 15 grudnia 2012

Jak to powiedzieć, żeby nie powiedzieć? Takich spraw, nie ukrywajmy, codziennie trafia się mnóstwo: rzecz towarzysko trudna, kwestia politycznie niewygodna czy rodzinnie wstydliwa. Wyjaśniać nie trzeba, każdy wie. Z pomocą, mam nadzieję, przyjdzie ta podręczna lista moich ulubionych, najczęściej słyszanych i używanych wyrażeń. Cudne są nie tylko dla tego, że barwnie wyrażają niewyrażalne (w pewnych sytuacjach przynajmniej), ale przez to, że nie obca jest im ironia, a nawet sarkazm. Zatem do dzieła!

Poza życia
Delhi belly (delijski brzuch) - biegunka. Określenie pochodzi od doświadczeń brytyjskich turystów, którzy podczas pobytu w Indiach doznali rozstroju żołądka. Amerykańskim odpowiednikiem (tutaj z pomocą przyszły doświadczenia osób podróżujących do Meksyku) jest Montezuma’s revenge (zemsta Monezumy).

Dutch headache (holenderski ból głowy) - nic innego jak kac

Get hammered bądź plastered - nawalić się, skuć

Hair of the dog (psi włos) - to tradycyjne remedium na bycie skutym: napić się w ramach leczenia kaca

The Irish thing (irlandzka sprawa) - alkoholizm

Answer a call from nature (odpowiedzieć na żądanie natury) - robić siku

Spend a penny (wydać pensa) - podobnie jak wyżej

Shake hands with the bishop (uścisnąć dłoń biskupa) - też oddawać mocz, ale przez mężczyznę

(Występować w) Birth suit (ubranie od narodzenia) - czyli na golasa

Dutch treat (holenderska uczta) - posiłek, na który zostało się zaproszonym, a za który trzeba było zapłacić samemu. (Niestety Holendrzy w angielskim wychodzą na jeszcze większych skąpców niż Szkoci czy Irlandczycy).

End up with her Majesty (wylądować z jej Królewską Mością) - czyli w więzieniu (jakże oczywiste!)

Not a great reader (nie jest wielkim entuzjastą czytania) - analfabeta

Sticky fingered (o lepkich palcach) - złodziej

Take to the cleaner  (zabrać do czyszczenia) - okraść, oszukać

I hear what you say (słyszę, co mówisz) - po tym zwrocie bezwzględnie pada słówko "but" (ale) i całość oznacza nic innego jak "Nie zgadzam się z tobą"

(Something went) Pear-shaped (w kształcie gruszki) - coś się nie udało


Sprawy zawodowe

Work both sides of the street (pracować po dwóch stronach ulicy) - to opcja tylko dla odważnych: pracować dla dwóch pracodawców z nieuniknonym konfliktem interesów

Moonlighting - dorabiać sobie na boku (jeden z największych grzechów pracownika w Anglii)

Spanish practices (hiszpańskie praktyki) - regularne oszukiwanie pracodawcy

Pull your socks up (podciągnąć skarpetki) - włożyć dużo wysiłku, żeby się poprawić

Work your socks off - harować

Sprawy ostateczne

God’s waiting room (boska poczekalnia) - dom starości

Pushing up the daisies (wypychać stokrotki) - leżeć w grobie

Death warmed up (ogrzana śmierć) - być na skraju śmierci, czuć się jak trup

Domowa psychologia

Not the sharpest tool in the box (nie najostrzejsze narzędzie w skrzynce) - inteligencja jest tu miarą ostrości, więc chodzi o osobę tępą bądź przytępioną :)

Fruitcake (ciasto owocowe) - osoba ekscentryczna albo po prostu wariat

Laughing academy (akademia śmiechu) - miejsce dla obłąkanych

Loose in the attic  - (dosłownie luźny na strychu) - wariat, pomylony, szalony

March to a different drummer (maszerować przy innym doboszu) - wariat

Miłość i piękno
(Not an) Oil painting (nie obraz olejny) - zwykle właśnie w zaprzeczeniach o kobietach niegrzeszących urodą

Mutton dressed as lamb (owca ubrana za owieczkę) - dorosła/dojrzała kobieta robiąca się na nastolatkę

No (spring) chicken ([nie] wiosenny kurczak) - osoba już niemłoda

Warm up old porridge (odgrzać owsiankę) - odgrzać stary romans

Love muscle (miłosny mięsień) - penis

Visually challenging (wyzwanie dla oka) - osoba brzydka

A bit on the side (kawałek na boku) - kochanek/ka


i na koniec dość niewinne to have a change of heart (zmienić serducho), które wcale nie stosuje się w romantycznych kontekstach, a oznacza tyle, co zmiana decyzji. W tym tygodniu agent nieruchomości zakomunikował nam, że właściciele domu, z którymi byliśmy już 'po słowie' w sprawie kupna ich posesji, mieli nagłe 'change of heart' i zdecydowali się sprzedać dom komuś innemu, kto lekko przebił naszą ofertę. I jak tu nie rzucić mięchem, no jak?!

 

***
Dla pragnących dalszego wtajemniczenia: kulinaria w języku angielskim



niedziela, 02 września 2012

Olimpiada kulturalnaO ósmej rano w piątek 27 lipca zbudził mnie dźwięk dzwonów dochodzący z pobliskiego kościoła anglikańskiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pastor zwykle oszczędnie się z nimi obchodzi. Bogu dzięki nie był to ani zwiastun pogrzebu, ani zapowiedź nowego zwyczaju na piątkowy poranek. Chwilę mi to zajęło, zanim zorientowałam się, że pastor brał udział w artystycznym projekcie a ja - podobnie jak i cała kilkudziesięciomilionowa społeczność Wielkiej Brytanii - zostaliśmy do niego zaproszeni. Tamtego poranka powinnam więc była łączyć cokolwiek, co dzwoni: telefon komórkowy, klakson, dzwonek rowerowy, etc., by przez trzy minuty partycypować w pracy Martina Creeda, zdobywcy brytyjskiej nagrody Turnera dla najlepszego artysty, zatytułowanej skromnie Work no 1197. Po cóż? Ano, by w ten sposób włączyć się w wielki dzień otwarcia Igrzysk Olimpijskich pracą będącą częścią Olimpiady Kulturalnej.

Ósma rano na mojej ulicy jest porą wzmożonego ruchu: samochody peregrynują w stronę centrum, dzieciaki wybierają się do szkoły, zaczyna kręcić się listonosz i pierwsi roznosiciele niechcianych ulotek. Każdy zmierza w jakimś celu. Nie słyszałam jednak, żeby ktokolwiek dzwonił i wcale mnie to nie dziwi.

Projekty mające na celu angażować społeczność, czasem zwane dość niemądrze sztuką 2.0 (z tego, co wiem od krajowych technokratów, świat ruszył do przodu i mamy już czasy 3.0, dominację smartphonów i społeczności wokół nich skupionych) czy też twórczością spod znaku Twittera, potrafią znakomicie chybić w ideę zbiorowej partycypacji. W przypadku "dzwonkopiady" Creeda grzechem głównym była banalność pomysłu, nieodpowiedni moment, bo kto w porannym pośpiechu myśli dzwonić z okazji otwarcia olimpiady, która oficjalnie rozpocznie się dopiero wieczorem? Zresztą pozwolę sobie tutaj wysunąć śmiałą tezę o dzwonku: dzwonek staje się antyspołecznym symbolem, bo jak Wyspy długie i szerokie, nic bardziej nie irytuje niż rozdzwonione telefony komórkowe w autobusie czy pociągu (i dlatego też brytyjskie koleje wystarały się o to, by dołączyć do składu tzw. quiet coach, czyli wagon, gdzie dzwonienie i rozmawianie przez telefon jest zabronione).

Niech żyje GB team!

Niech żyje GB team!

Społecznościowy eksperyment Creeda okazał się pudłem również z innej przyczyny - bo rozminął się zupełnie z brytyjskim podejściem do zbiorowych projektów. Idea dla idei jest mało atrakcyjna, za to możliwość wspólnego stworzenia czegoś z potencjalnie niczego to już na Wyspach zupełnie inna sprawa. Dlatego właśnie zbudowano łódź.

The Boat to inny społecznościowy projekt wciąż trwającej Olimpiady Kulturalnej. Łódź nazywa się Collective Spirit i zbudowana została z podarowanych przez mieszkańców Wysp kawałków drewna. Niektóre z nich są całkiem szczególne, jak na przykład odłamek gitary Jimiego Hendrixa, a łącznie zebrano ich ponad 1,2 tys. Łódź w to lato opływa Wyspy i do połowy września zawita jeszcze w czterech portach. Pomysł jest prosty, efekt ciekawy, a zaangażowanie społeczne całkiem wysokie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że wolę bardziej "konkretne" czy użyteczne projekty arystyczne. Jeżeli jednak ktoś chce wykorzystać mój czas, to wolę, żeby włączył mnie w przedsięwzięcie, które ma albo lepszy estetycznie pomysł, albo fajny efekt, o wiele wiele głębszy niż głupie, zbiorowe dzwonienie. 

Nie wiem, czy śledzicie program Kulturalnych Igrzysk na Wyspach. Zdecydowanie dominują w nim społecznościowe i widowiskowe przedsięwzięcia. W artystyczne igrzyska zaangażowano 25 tys. twórców, a do połowy września ma w nich wziąć udział 10 milionów osób. Na to lato zaplanowano 137 światowych premier. Londyński teatr The Globe już sprzedał 85 tys. biletów. Obracamy się w świecie dużych liczb i nic w tym dziwnego. Organizatorzy postawili przede wszystkim na to, by wielkość sportowych zawodów zmierzyć ze spektakularnym show. I tak w projekcie Tree of Light bierze udział 1200 performerów i 450-osobowy chór, opowiadający historię o mitycznym drzewie (przedstawienie wędruje po kilku miastach Wysp), Godiva Awakes to pomysł budowy 10-metrowej kukły, która w asyście 100 rowerzystów przemieści się ze środkowej Anglii do Londynu, Whispering Woods to 200 piosenkarzy śpiewających po zmroku w prastarym lesie, performance na Trafalgar Square to 2 tys. tancerzy, podobna liczba akrobatów, artystów i kuglarzy wystąpi w Irlandii Północnej w ramach widowiska Land of Gigants.

Liczby to jedno, wielkie nazwiska to druga strona kulturalnego medalu. Artystyczna olimpiada ma swojego faworyta, którym bezwzględnie jest, jak zresztą nietrudo zgadnąć nieśmiertelny Szekspir. W tym roku w miejscu urodzin wielkiego barda - Stratford-upon-Avon - wystawiane są międzynarodowe koprodukcje teatralne w ramach World Shakespeare Festival. I tak szekspirowski świat nabiera zupełnie innego kolorytu: Wiele hałasu o nic  zabiera widza do współczesnych Indii (produkcja w reżyserii Iqbala Khana) a Sen nocy letniej według Dimitrija Krymowa gwarantuje wzięcie udziału w rosyjskim eksperymencie. Pomysł jest według mnie bardzo ciekawy, a spektakle całkiem zróżnicowane.

Krok dalej zrobił londyński The Globe, angażując w olbrzymi projekt 37 teatrów z całego świata, w tym z krajów, które trawiła bądź wciąż trawi wojna: południowego Sudanu czy Afganistanu. Po raz pierwszy na deskach londyńskiego teatru wystąpiła też narodowa, chińska grupa teatralna, wystawiając Ryszarda III. Najciekawsze moim zdaniem jest to, że każdy spektakl zrealizowany został w języku narodowym (Polska prezentowała Makbeta 8 maja). Globe to Globe, bo tak nazwano wielojęzykowe rozgrywki szekspirowe w Londynie, można było oglądać w iście igrzyskowych zestawach: biathlony (dwie sztuki ze specjalną zniżką), trójboje, maratony a nawet całość zestawie olimpijskim (38 sztuk o 90 funtów taniej niż bilety nabywane indywidualnie). Całkiem przyjemne sporty, prawda?

Szekspirem żyje też Muzeum Brytyjskie, które stanęło w zawodach Olimpiady Kulturalnej, przygotowując wystawę Shakespeare: Staging the World, pokazując m.in. Londyn z czasów artysty. W stolicy można też zobaczyć dokonania innego nieśmiertelnego Brytyjczyka - Alfreda Hitchcocka. Projekcje jego niemych filmów (niedawno odrestaurowanych) dostępne są m.in. na dziedzińcu Muzeum. Film jest zdecydowanie jedną z ważniejszych dyscyplin Kulturalnej Olimpiady - festiwale odbywają się od południa Wysp aż po Szetlandy (oddalone o 200 km od Brytanii wysepki zorganizowały Screenplay Film Festival).

Trailer filmów Hitchcocka

Trailer filmów Hitchcocka

Innym ważnym sportem jest czytanie, zwłaszcza wśród najmłodszych. Zresztą nic w tym zaskakującego, bo Brytyjczycy wykorzystają każdą okazję, żeby móc promować książki (to tutaj narodziła się Wielka Noc Książki, podczas której rozdawanych jest milion specjalnie na tą okazję drukowanych książek. Sama ze sportowym zacięciem biorę w tym udział). Co roku na Wyspach organizowane jest wyzwanie czytelnicze dla dzieci podczas wakacji letnich. W ramach Olimpiady ruszył też projekt StoryCloud, którego celem jest stworzenie bezpłatnej biblioteki internetowej z bajkami. Znani autorzy dostali specjalne zlecenie napisania historii dla dzieci właśnie w ramach tej inicjatywy, a podczas ich odczytów w centrach dla dzieci we wschodnim Londynie najmłodsi przygotowują do nich ilustracje (galeria dostępna jest na tej stronie).

Bez wątpienia igrzyska kulturalne oferują wiele dyscyplin. Organizatorzy postawili, według mnie, na dwa czarne konie: megawidowiska popkulturalne, które przyciągną uwagę szerokiej publiczności, zwłaszcza turystów z całego świata, i na narodowych sportsmenów brytyjskiej klasyki: Szekspira, Lewisa Carolla, Alfreda Hitchcocka, etc. Czy Olimpiada nie zaniża poprzeczki, serwując sporą dawkę popu w ramach kulturalnych rozgrywek? Moim zdaniem nie, bo widowiskowość i show to nieodłączny element igrzysk, więc trudno, żeby tego zabrakło w artystycznym programie. Zresztą czy nie jest tak, jak w przypadku sportowej olimpiady, że siadamy oglądać tylko ulubione sporty? A tych na "Cudownych Wyspach" (cytując Dannego Boyla, cytującego Szekspirową Burzę) jest bez liku, więc naprawdę jest w czym wybierać.

Mnie została jeszcze do obejrzenia wystawa ilustracji Alicji w Krainie Czarów prezentowana w nowym oksfordzkim muzeum The Story Museum w ramach Olimpiady. A jaka impreza kulturalna zrobiła na Was największe wydarzenie w to lato? Czy Wasze kraje też postawiły w tym roku na kulturalne sporty?

 

***

Olimpiada Kulturalna towarzyszy Letnim Igrzyskom i Paraigrzyskom w Wielkiej Brytanii. Jej kulminacją jest London Festival 2012: 21 czerwca - 9 września. Więcej informacji na stronie projektu.

wtorek, 26 czerwca 2012

Księgarnia w mieście książek Hay on WyePewnie pomyślicie, że martwię się na zapas, ale przyznam szczerze, że obserwując zmiany na rynku brytyjskich księgarni, drżę trochę przed tym, że miejsca z książkami może zgubić totalna, elektroniczna rewolucja. Jak to miałoby wyglądać? Otóż tak, że książek drukowanych zacznie w nich ubywać na rzecz możliwości pobrania wersji elektronicznej na czytnik. Księgarnie bez regałów z książkami? Brzmi niewiarygodnie, ale podobno do tego wszystko zmierza. Tak przynajmniej zdaje się twierdzić coraz więcej właścicieli sklepów bukinistycznych.

Dużym wydarzeniem bieżącego miesiąca była zaskakująca umowa między jedną z największych sieci księgarni w Wielkiej Brytanii Waterstones i Amazonem. Szef Waterstones postanowił zacząć sprzedawać Kindle'a jako uprzywilejowany czytnik a do tego w wielu sklepach uruchomił tzw. W Cafes - kawiarnie, w których zachęca się do robienia czytelniczych zakupów na Kindle'a (Waterstones otrzymuje z tego tytułu jakiś procent z przeprowadzonej transakcji). Oczywiście w W Cafe można przysiąść z książką drukowaną, ale ideą nowych miejsc (zapomniałam dodać, że do tej pory sieciówka oferowała kawę przez deal z inną siecią - Costa Coffee) jest promowanie czytelnictwa elektronicznego, czyli z czytnikiem w ręce. Czy to się przyjmie? Waterstones jest przekonany, że tą drogą podąży wkrótce większość księgarni, może wcale nie dobrowolnie, ale zostanie do tego zwyczajnie zmuszonych. Powodem jest coraz silniejszy spadek sprzedaży książek drukowanych. Bookseller podał niedawno za badaniem AS Nielsena, że w maju zanotowano najniższy w ciągu ostatnich 9 lat (!!) tygodniowy utarg ze sprzedaży tradycyjnie wydanych książek (jedyne 20,3 mln funtów). A to wszystko przez zwiększające się zainteresowanie e-bookami. Jak wskazuje Nielsen, teraz jedna na pięć książek sprzedawanych jest w wersji elektronicznej. I ta proporcja będzie się zmieniać na korzyść e-booków. Już w tej chwili szacuje się, że sprzedaż książek drukowanych spadła o 10% w tym roku. To naprawdę dużo i wygląda na to, że sprawy zmieniają się znacznie szybciej niż myślałam.

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Antykwariat, Hay on Wye

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Richard Booth Bookshop, Hay on Wye

Za trzy dni ma dokonać się kolejny księgarniany przewrót. Lonely Planet, znany wydawca przewodników, planuje otworzyć duży sklep na lotnisku w Manchsterze, który będzie nastawiony na sprzedaż elektronicznej wersji  publikacji. Podróżnicza księgarnia ma posiadać olbrzymi ekran z ziemskim globem, który po doktnięciu wybranego miejsca, będzie informował o tym, jakie ma elektroniczne pozycje wydawnicze dotyczące tego regionu. Publikacje będzie można, rzecz jasna, od razu kupić na swój czytnik. W ramach urozmaicenia Lonely Planet planuje również w różnych zakątkach księgarni odgrywać odgłosy z różnych części świata. Na szczęście ten nowy sklep będzie oferował też drukowane przewodniki - w końcu w tylu miejscach na świecie niekoniecznie znajdziemy przyjazne gniazdko elektryczne, by podładować czytnik a poza tym wiele podróży jest wygodniejszych z drukowaną książką. Czy ktoś może wybiera się na manchesterskie lotnisko w najbliższym czasie? Jestem ciekawa, jakie wrażenie zrobi nowy sklep.

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Księgarnia z kryminałami, Hay on Wye

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Hay on Wye Books

Wygląda mi na to, że tradycyjny związek księgarni i kawiarni nie jest już wystarczającym sposobem na utrzymanie miejsc z książkami. Coraz więcej niezależnych sklepów decyduje się na śmielsze alianse, oferując na przykład projekcje filmowe, koncerty muzyczne czy sprzedaż usług biura podróży (jak księgarnia podróżnicza Stanfords Travel Bookshop w londyńskim Covent Garden). Coraz więcej ze sklepów przyjmuje charakter kawiarni internetowych, zachęcając w nich do kupna elektronicznych książek. Nie mam nic przeciwko urozmaicaniu oferty księgarń i akurat to, że stają się małymi ośrodkami kulturalnymi, uważam za błogosławieństwo. Boję się jednak, żeby nie zniknął w nich towar podstawowy! Bo ja wciąż uwielbiam przeglądać książki na regałach i podczytywać je w rogu. Nie chcę odwiedzać księgarni po to, by załadować sobie e-publikację na Kindle'a. To mogę zrobić w minutę w domu...

O tym, że elektroniczna przemiana to poważna sprawa i duży problem dla niezależnych księgarni, świadczy chociażby to, co wydarzyło się niedawno w brytyjskim mieście książek - Hay on Wye - malutkim, walijskim miasteczku zalesionym przez księgarnie i antykwariaty (jest ich tam ponad 30). Właściciele sklepów bukinistycznych ogłosili, że zrobią wszystko, by utrzymać Hay jako strefę wolną od Kindle'ów i wersji elektronicznych i nie zdobędą się na sprzedaż żadnych e-booków a użytkownicy czytników będą w Hay niemile widziani. Może to brzmi trochę jak staroświecie pokrzykiwania, ale jest w tym też głos desperacji, by zachować coś, co przez lata było w mieście święte i ocalić tradycyjny charakter księgarni. Choć nie lubię wykluczających haseł, to jednak potrafię solidaryzować się z księgarzami z Hay. Skoro w całym kraju będziemy mieć za jakiś czas księgarnio- esklepy, to proszę uchowajmy stare antykwariaty w walijskim miasteczku. Chociażby je.

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Limitowane edycje wydawnictwa Penguin

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

The Addyman Annexe Bookshop, jeden z fajniejszych antykwariatów w Hay

czwartek, 07 czerwca 2012

Czytający przy British LibraryJakiś czas temu pisałam o tym, jaką fortunę może zbić na książkach brytyjski wydawca. Dziś czas na krótkie podsumowanie dotyczące tego, ile rzeczywiście ze sprzedaży dostaje autor. Czy jest tak, jak myślicie? Przekonajcie się sami.

16531 funtów - tyle przeciętnie zarabiał rocznie brytyjski autor w 2007 roku. O ile dobrze pamiętam, wtedy minimalna, legalna pensja roczna wynosiła ok. 15,5 tys. funtów rocznie, czyli autorowi powodziło się raczej źle, ale jeszcze nie tak strasznie, jeżeli wziąć pod uwagę to, że przeciętna, brytyjska pensja z tego roku szacowana była na 23,4 tys. funtów.


Za to aż 7,2% brytyjskich pisarzy zarabiało ponad 100 tys. funtów rocznie.

Co więcej jedna piąta autorów żyła wyłącznie z pisania (!)

W Wielkiej Brytanii obowiązuje coś takiego jak Public Lending Right, dzięki któremu autorzy otrzymują rodzaj tantiemy od bibliotek za wypożyczanie ich książek. W 2007 roku autor dostawał 6,05 pensa za każde wypożyczenie jego publikacji z publicznej biblioteki. Ta kwota ma jednak górne organiczenie: autor nie może otrzymać więcej niż 6,6 tys. funtów rocznie z tytułu Public Lending Right.

Na co najbardziej narzekają brytyjscy autorzy? Łatwo zgadnąć: na wydawców. Aż 40% autorów zadeklarowało w niedawno opublikowanym w magazynie Bookseller badaniu, że następną książkę woleliby opublikować w innym wydawnictwie (jeżeli oczywiście nie wpłynęłoby to na obniżenie zaliczki, którą dostają przed skończeniem pisania książki). Najbardziej szokujące jest jednak to, że aż 74,2% autorów pozbyłaby się wydawców i chce w przyszłości skupić się na auto-wydaniach (a o własnych publikacjach pisałam już trochę wcześniej i zainteresowanych odsyłam tutaj).

A zatem jest tak, jak się spodziewaliście?

Jestem ciekawa, jak przestawiają się statystyki autorskie w innych krajach.

 

Dane pochodzą z ostatniego numeru magazynu Bookseller.

piątek, 27 kwietnia 2012

Światowa Noc Książki, Londyn 2012Drugą edycję Światowej Nocy Książki mamy już za sobą i uznaję ją za udaną. Większość książek rozdałam w Londynie bądź wysłałam (wszyscy, którzy zgłosili się wcześniej po "Notes from a Small Island", powinni spodziewać się egzemplarza w najbliższych dniach). Zauważyłam, że najchętniej przyjmują książki ludzie starsi (do końca nie wiem, czy to zasługa samej publikacji czy raczej chęć rozmowy z rozdającym) i młode dziewczyny. Kilka kopii trafiło do osób, które zbyt dobrze nie znają angielskiego, m.in. do wizytującego Londyn mnicha tybetańskiego napotkanego w metrze. Dwie osoby odmówiły przyjęcia "Notes" - co ciekawe, każda z nich siedziała w kawiarni i wyglądała na niesamowicie znudzoną, więc wydawało mi się, że książka mogłaby je uszczęśliwić (zdecydowanie zbyt pochopna konkluzja!).

Książki dodatkowo rozdawała mieszcząca się w Southbank Centre księgarnia Foyles (o jej głównej siedzibie pisałam wcześniej tutaj). Można było zdobyć kopię "Remains of the Day" Ishiguro, co było znakomitym zbiegiem okoliczności, bo ja niedawno wysyłałam swój egzemplarz przyjaciółce, więc nie muszę już ściągać następnej kopii z internetu.

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Specjalna wystawka z książkami z listy Światowej Nocy w księgarni Foyles

Głównym wydarzeniem tegorocznej Nocy Książki było spotkanie w Southbank Centre z ponad dwudziestką autorów. Każdy z nich czytał albo własną prozę albo fragment ulubionej książki. Część z występujących zdradziło naprawdę niebywałe talenty aktorskie (m.in. poeta Lemn Sissay, który czytał sonety Szekspira, Andrea Levy, wcielająca się w rolę swoich bohaterów z Karaib, Owen Teatle naśladujący akcent z Newcastle i Manchesteru). Pomysł z czytaniem jest sam w sobie ciekawy, zwłaszcza jeżeli można posłuchać ulubionych autorów, ale przy ponad dwudziestce prezentujących wydał mi się nieco monotonną formułą na długi wieczór. Myślę, że lepiej byłoby poprzeplatać spotkanie wywiadami, rozmową z rozdającymi książki, może nawet scenkami z samej akcji, tym bardziej, że w tym roku inicjatywa nabrała międzynarodowego charakteru (podobne akcje odbyły się w Niemczech, USA i Irlandii), więc można było pokusić się o krótkie transmisje z ulicy.

Margaret Artwood podczas Światowej Nocy Książki

Margaret Atwood życząca udanej Nocy Książki podczas transmisji 23 kwietnia 2012

Elif Safak podczas Światowej Nocy Książki, LondynElif Safak czytała ze swojej najnowszej powieści "Honour"

Przed spotkaniem natknęłam się na dziennikarkę BBC Rosie Goldsmith, która prowadzi co roku majową imprezę European Literature Night. Rozmawiałyśmy przez jakiś czas o samej akcji i doszłyśmy do wniosku, że wśród 25 książek, jakie mają do wyboru wolontariusze Światowej Nocy Książki, powinno pojawić się więcej tłumaczonej prozy. Być może Rosie coś zdziała w tym kierunku do przyszłego roku. Trzymam kciuki!

Andrea Levy podczas Światowej Nocy Książki, Londyn 2012

Andrea Levy była najbardziej wyczekiwaną i oklaskiwaną autorką Światowej Nocy Książki w Londynie

Po oficjalnej części spotkania rozpoczęło się Nocne after party z udziałem The Hip Hop Shakespeare Company. Organizatorzy zafundowali drinki. Miało być głośno, radośnie i wciąż literacko, ale liczba uczestników zdecydowanie się przerzedziła i miałam wrażenie, że z imprezy uszło już sporo powietrza. W tym roku po oficjalnej części nie doszło do rozdawania książek (wszak byliśmy zadaszeni i w Southbanku, gdzie bez biletu nie można było się dostać), a to była wielka szkoda, bo przecież cała noc zorganizowana została po to, by książkami się dzielić. Po tej części zaplanowane było nocne czytanie Szekspira przy świecach, ale do tego momentu już nie dotrwałam, bo rozpoczęłam moją podróż z powrotem do Oksfordu.

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Światowa Noc Książki w Southbank Centre

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Książkowe after party

Druga edycja Nocy była zdecydowanie lepiej zorganizowana i skoordynowana. Okazała się też już mniej kontrowersyjna (w zeszłym roku wierzono, że rozdanie miliona darmowych książek uderzy w rynek wydawniczy - tymczasem stała się rzecz odwrotna: tytuły z listy rozdawanych świetnie zaczęły się sprzedawać w tradycyjnych księgarniach), dlatego w tym roku ukazało się znacznie mniej notek prasowych poświęconych wydarzeniu. A szkoda. Tym bardziej że warto było napisać chociażby o zwiększającej się skali Światowej Nocy - w tym roku aż 78 tys. ludzi rozdawało 2,5 miliona specjalnie na tą okazję wydrukowanych książek! Imponujące, prawda? A sam założyciel akcji, Jamie Byng, dzień wcześniej wziął udział w londyńskim maratonie, pokonując 42 km, by pomóc w zbieraniu pieniędzy na dalsze poszerzanie akcji.

Więcej zdjęć ze Światowej Nocy Książki z Londynu i z Barcelony, gdzie świętuje się w wielkim stylu z czerwonymi różami ukaże się w najnowszym numerze "Archipelagu". Zapraszam!

Ps. Książki rozdaje wciąż Invitada - kto zainteresowany, to odsyłam do jej bloga.

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...