strefa USA

czwartek, 26 listopada 2009

Przebieraniec z wózkiem z misiem, Nowy JorkPodróżowanie otwiera nas na dostrzeganie dziwactw. Coś, co dla mieszkańca jest już ledwo dostrzegalne, bo do tego przywykł, dla przyjezdnego okaże się obrazem, który na długo pozostanie w pamięci. Mówiąc o tym, muszę jednak zaznaczyć, że osobliwości są przecież względnym pojęciem, wpisują się w ramy danych kultur i zwyczajów, więc coś, co zadziwi Europejczyka w Ameryce, niekoniecznie wywoła jakąkolwiek reakcję u drugiego Amerykanina.

Podczas podróży do Ameryki zaskoczyło mnie kilka rzeczy, które rzecz jasna, mieszkańcowi odwiedzonych miast mogą wydać się czymś oczywistym.

Pierwszego wieczoru w Nowym Jorku wybraliśmy się do francuskiego bistro. Ciepłe, ciemne wnętrze, interesujące menu i przyjemny ścisk stolików. Na mniej niż wyciągnięcie ręki siedziała para. Ona odpisywała na właśnie otrzymanego smsa, a on sprawdzał pocztę na swoim iphonie. Przy deserze żadne z nich nie zamieniło ze sobą ani słowa. Jedli zapatrzeni w ekrany swoich małych, i jak widać nieodzownych, gadżetów. Potem ona musiała zadzwonić. Rozmawiała z przyjaciółką, która przeżywała kryzys emocjonalny, przez dobre naście minut. W tym czasie on spijał kawę, kilkakrotnie wygrywając w grę na telefonie. Od czasu do czasu spoglądał na nią, na zegarek. Napisał kilka kolejnych smsów, zadzwonił do kogoś, w końcu warknął coś do niej a następnie razem wyszli. Zastanawiam się, po co się męczyć, umawiać i udawać, że wychodzi się razem na kolację? Chyba, że to nowy sposób przebywania ze znajomymi. Kolacja de facto nie we dwoje, ale sześcioro czy ośmioro obecnych na linii. Miejska kolacja przez telefon.

Kiedy następnego dnia wcześnie rano spacerowaliśmy po Greenvillage, oko przykuła wystawa, na której coś bezustannie się ruszało. Grupki małych, żywych kropek wykonujących wszelkiego rodzaju salta, po zbliżeniu się do sklepu okazały się szczeniakami wszelkich modnych teraz ras. Psiaki, które można było dostać tamtego tygodnia za 300 dolarów mniej, żyły w malutkiej przestrzeni wystawy w czymś na kształt papierowych trocin. Pies w oknie sklepowym to dziwaczny i nieludzki pomysł. Każdego naszego psiaka kupowaliśmy zawsze od właściciela psiej mamy, zabierając malucha ze szczeniaczej grupki rodzeństwa. Przechodził z jednej rodziny do drugiej, pomijając jakikolwiek bezduszny sklep.

Do prowincjonalnego Lowell, jakąś godzinę drogi od Bostonu, wybrałam się, żeby zobaczyć miasto pisarza i dom malarza. Po wyskoczeniu z autobusu na głównej ulicy miasta trącącego depresyjnym bezrobociem i porzuceniem, moją uwagę przykuła ta niezwykła ekonomia miejsca i zadzwiająca symbioza: sexshop połączony z piekarnią. Po lewej stronie wystawy reklamowano ciasta obok wyłożonych dwóch starych bohenków chleba, a po prawej elastyczne ciuszki odsłaniające wszystko to, co bielizna zwykle zakrywa. Podwójna uczta dla ciała? Na żadne wyrafinowanie ucztujący jednak nie powinien liczyć. To odkrycie przypominało mi znalezisko kolegi ze studiów, który często objeżdżał polską prowincję z aparatem na szyi i pewnego dnia natknął się na sklep rybno-obuwniczy. Możecie sobie wyobrazić szok, zwłaszcza dla nozdrzy, które nagle musiały przyjąć tą makabryczną kombinację zapachu ryby i sztucznej skóry...

O amerykańskim etosie pracy, o korporacyjnych zapędach anektowania życia prywatnego pracowników w rytm działania firmy z pewnością każdy co nie co słyszał. Kiedy jednak na własne oczy zobaczyłam przy parkingu minibillboard z twarzami pracowników tego miejsca i liczbą lat spędzonych w firmie, wielką dumą, jaką ich a zwłaszcza właściciela napawał ten fakt, to nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przyzwyczajona do omawiania spraw związanych z moim zatrudnieniem prywatnie z pracodwacą i zostawiania tego tylko między nami, potraktowałam plakat jako czystą propagandę. A może źle myślę? Może to niepojęty dla mnie kult pracy, nieznany ekstrawertyzm pracodawcy, osobliwy sposób motywacji do robienia czegoś bez względu na to, czym to jest i bycia z tego dumnym.

Amerykańcy przodownicy pracy, Nowy Jork

Juan i Derrick przepracowali łącznie ponad 60 lat na parkingu i są z tego dumni, Nowy Jork

Cokolwiek by o nich nie sądzić, wszystkie dziwaczne zjawiska są pewną prowokacją do przemyślenia na nowo tego, co uznajemy za oczywiste, co przyjmujemy za normę. Zdziwienie przybiera formę rewizji. Pozwala w tym systemie terapii szokowej na poznanie inności, niekoniecznie jednak jej akceptowania i chwała jej za to.

Co Was zadziwia?

wtorek, 24 listopada 2009

Empire Diner, dolny Manhattan, Nowy Jork

Wylądowałam. Nowy Jork, który wielu kojarzy się przede wszystkim z powielanymi bezustannie, obezwładniającymi drapaczami chmur, pamiętałam nie z obrazów z lotu ptaka, ale miejskiego szczura, który przechadzając się po wielkich płytach nowojorskich chodników widzi tylko to, co jest w zasięgu jego nosa: schody prowadzące do eleganckich, niewysokich kamienic zbudowanych z brązowej cegły, stacje metra czy szpiczaste kamienie wystające z Parku Centralnego. To pewnie zasługa filmów Allana, polskich dramatów i zdjęć przyjaciół, które utkwiły mi w pamięci. Tymczasem jak tylko samolot uderzył w płytę lotniska, na horyzoncie pojawiły się te wszędobylskie ikony - rzędy wieżowców (podejrzewam, że dolnego Manhattanu), stojących zwarcie i wyglądających tuż przed zachodem słońca jak mała armia czarnych olbrzymów czy ogrów nadciągających z dalekiej krainy. Ciemne, masywne i na swój sposób urzekające.

Mieszkaliśmy na Manhattanie, w jego dolnej części. Z 16-stego piętra tego wąskiego jak patyk hoteliku widok rozciągał się na szczupłe sylwetki olbrzymów centralnej części wyspy. Nocą migotały ciepłym światłem, a ulica pod nami buczała piątkowym ruchem. SoHo, choć dzieli nazwę z londyńską dzielnicą (amerykańska ma jednak inny rodowód, znaczy tyle co South of Houston Street), nie ma nic w sobie z dekadencji stolicy Wielkiej Brytanii. Obecnie jest raczej elegancka i bogata, pełna budynków z XIX-wiecznych rządów żelaza tzw. iron cast buildings, czyli odlewanych w żeliwie korpusów kamienic. Nowy Jork posiada ich około ćwierć tysiąca i większość z nich mieści się właśnie w tej dzielnicy. Soho - niegdyś slams, później oaza artystów, teraz przyciąga drogie sklepy i dobre restauracje. Trudno w niej szukać młodych artystów, których było tu pełno w latach 60-tych i 70-tych.

Drapacze chmur Manhattanu, Nowy Jork o poranku

Nowy Jork bladym świtem

Soho, cast iron buildings, Nowy Jork

Nowojorskie SoHo zbudowane z żeliwa i okupowane przez bogate sklepy

Po Manhattanie doskonale się chodzi, jeżeli twoje przyzwyczajenia do poruszania się po nieznanych miastach nie są na tyle silne, by po europejsku szukać w nowojorskiej kratownicy krętych uliczek, zaskakujących łuków, ulic łączących się i rozdzielających się w najmniej oczekiwanym momencie. Z myśleniem o przestrzeni miejskiej w postaci doskonałej siatki miałam jednak mały problem. Niby banalnie prosta do opanowania budziła mój niepokój, bo przy każdym skrzyżowaniu trzeba było podejmować decyzję, w którą stronę się udać, zamiast dać się prowadzić nieznanym uliczkom. Numery gubiły mi się w głowie, a trasa spaceru układała się jak w grze komputerowej z czasów dzieciństwa w przemyślany, kwadratowaty ruch. Tym nowoczesnym krokiem dotarliśmy najpierw do Washington Square, który w sobotni, wczesny i zimny poranek zmienił się w centrum ćwiczenia tężyzny fizycznej. Kobiety w ciemnych getrach i jasnych opaskach na głowie leżały na wyciągniętych na ziemi cienkich matach i w asyście 10-litrowych bukłaków z wodą dokonywały bezpardonowego cięcia kończynami powietrza na każdy możliwy sposób. Potem ten niezwykły korowód powstał z ziemi i szybkim truchtem przemierzał park dookoła. Oglądanie tego spontanicznego spektaklu było zarazem fascynujące i niepokojące. Wydawało mi się nagle, że ja też powinnam coś zrobić, włączyć  się w ten zdrowy trucht, powywijać rękoma. Jeszcze większą presję czułam na skraju Chelsea, tuż przy nabrzeżu, gdzie biegających, naturalnie zaopatrzonych w odpowiedni sprzęt, czyli urządzenie do pomiaru pulsu krwi i ipoda, było o wiele więcej. Tutaj biegali już wszyscy: mężczyźni, kobiety, starzy, młodzi, matki pchające w biegu wózki z niemowlakami.

Washington Square Park, poranny jogging, Nowy Jork

Bieg po zdrowie. W sobotni poranek nowojorczycy przede wszystkim dbają o dobrą formę

Zanim dotarliśmy na skraj Chelsea i w porannym, srebrno-mgielnym powietrzu próbowaliśmy coś wyłowić wzorkiem z brzegów przeciwległego New Jersey, przeszliśmy się ulicami wypełnionymi mniejszymi i większymi galeriami, które przeniosły się w te okolice właśnie z SoHo. Co za ogrom! Mniejsze prezentują zwykle jednego-dwóch współczesnych artystów, Chelsea Art Museum - całą gromadę, gdzie prace współczesnych znakomicie rozmieszczone są w tej pięknej przestrzeni budynku. Na dole kolorami błyskała loklana artystka o zacięciach ekologicznych a w rogu Edwina Sandys, wnuczka Winstona Churchilla prezentowała swoją pracę "Breakthrough", upamiętniającą  upadek muru berlińskiego. Potem były współczesne plakaty, mazidła Jeana Miotte, nawiązujące do dalekowschodniej kaligrafii i trochę rzeźby. Tuż obok Chelsea Art Museum odbywały się targi sztuki współczesnej, na które tuż przed ich otwarciem ustawiła się spora kolejka. Na pierwszym piętrze na kilkudziesięciu stoiskach prace młodych artystów z Europy i Ameryki prezentowali ich przedstawiciele i kolekcjonerzy. Ruch był ogromny, w korytarzach strasznie ciasno. To tu można było zakupić prace, których ceny zaczynały się od kilku setek dolarów, a kończyły w dalekich liczbach setek tysięcy. To tu omawiano kolejne wystawy. To tu w nowojorskiej Chelsea kształtowała się sceneria współczesnego rynku sztuki.

Chelsea Piers, widok na Hudson River, Nowy Jork

Pani i pies z nostalgią na Chelsea Piers

Chelsea wydała mi się inspirująca. I to nie tylko ze względu na ten "wiatr od morza", zgrabne kamienice i niezliczone galerie. Podobała mi się kreatywność mieszkańców, architektoniczny misz-masz. Jak stworzyć park, w miejscu, gdzie nie ma ani ksztyny wolnej do wykorzystania? Można go zawsze zbudować nad ziemią. Ten prosty i jakże efektowny pomysł wcielili w życie mieszkańcy okolic Gansevoort Street i 20-stej Ulicy, tworząc na miejscu wiaduktu naziemnej kolei park High Lane Park. Latem pewnie stare tory toną w zieleni, teraz jesienią pokrywa je pasmo burych, przekwitłych traw, które genialnie korespondują z kolorem dzielnicy. Z tego parku na szynach rozciąga się bowiem niezwykły widok na brunatne bloki, szklane wieżowce zakończone czarnym zbiornikiem na wodę w kształcie mini-kosmicznej rakiety bądź awangardowej pszczoły; i dalekie szaro-błękitne drapacze chmur po jednej stronie i urywki srebrno-niebieskiej tafli Hudson River po drugiej.

High Lane Park, Nowy Jork

Park na szynach

Znajomi z pracy, którzy często jeżdzą do Nowego Jorku, zapewniają, że Nowy Jork ma w sobie tą unikatową właściwość potęgowania przywożonych do miasta uczuć.  Jeżeli przyjeżdżasz w dobrym nastroju, z wesołym krokiem przemierzasz miasto, ono sprawi, że wpadniesz w euforię.  Jeżeli stawiasz lewą nogę na Manhattanie pełen złych emocji, nabawisz się pewnie depresji. Ja do Nowego Jorku przyjechałam z ogromną ciekawością tego miasta, która, rzecz jasna, nie została zaspokojona, wręcz przeciwnie, wzrosła ogromnie wraz z każdym dniem.


Koniec części pierwszej

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...