Wpisy z tagiem: przeprowadzka

środa, 24 lipca 2013

Jest jednym z najdłużej piszących blogerów spoza Polski, jakich znam. Wnikliwy, wyczulony na zmiany polityczne na Węgrzech, celnie komentujący i  ciekawie fotografujący Budapeszt. O kim mowa? Oczywiście o Jerzym - Jeżu Węgierskim, którego po prostu musieliście napotkać. Jest mi niezmiernie miło, że Jerzy zgodził się opowiedzieć historię swojej przeprowadzki, która przydarzyła się w bardzo interesującym momencie – zaraz na samym początku lat 90. Serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu!

Jak to się stało, że znalazłeś się w Budapeszcie? Dlaczego akurat tam?

Jak to często bywa, przez kobietę - moją żonę, a było to tak. Jako dziecko, jak trzeba, regularnie myliłem Budapeszt z Bukaresztem, i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym mieszkać w Budapeszcie (zresztą w Bukareszcie też nie). Aż tu w czasie studiów w Warszawie w drugiej połowie lat 90-tych poznałem ładną węgierkę, która przyjechała tam na Jazz Jamboree. Wtedy Węgrzy mieli, jak na Europę Wschodnią, masę pieniędzy, ale nie mieli jazzu, który akurat był w Polsce - był nawet Miles Davis - więc przyjeżdzali tu całymi samolotami i pociągami. I tak to się zaczęło.

Pisywaliśmy do siebie listy, które szły cztery tygodnie, odwiedzaliśmy się kiedy tylko dało radę aż w końcu 1991 roku, skończywszy studia, przeniosłem się na Węgry. Wszyscy pukali się życzliwie w głowę bo przecież był to jeszcze początek wolności i jak wyjeżdzać to na zachód, wyraźnie nie byłem zupełnie w porządku.

Wtedy wszyscy wiedzieli jak się wyjeżdza z kraju nielegalnie ale jak powinna wyglądać legalna emigracja było mniej oczywiste. Zadzwoniłem do MSZ-tu. Wyjeżdzam z Polski. Na stałe, mówię. A oni na to: Powodzenia! Szerokiej drogi! Poszedłem do ambasady węgierskiej, że przenoszę się na Węgry. Kazali przynieść szereg papierów i tyle. Tydzień po przyjeździe dostałem dowód osobisty dla cudzoziemców (niebieski, najlepszy!) z prawem pobytu i pracy na dziesięć lat a także prawo głosowania w wyborach lokalnych. Teraz te wszystkie prawa dostaje się na rok, wszystko jest na tyle bardziej skomplikowane, że zatrudniać trzeba za grube pieniądze wyspecjalizowaną firmę, która zajmuje się formalnościami, no i trzeba płacić. A mnie tak łatwo poszło, ach te błogie początki lat 90-tych!

ACTA, Budapeszt

Demostracja przeciw ACTA

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz je jeszcze?

Wylądowałem początkowo w Szolnoku. Jest to niewielkie miasto z jakimiś osiemdziesięcioma tysiącami mieszkańców na wschodzie Węgier. Prowincja w każdym calu. Nie było wówczas telewizji satelitartnej, internetu, niewielu ludzi mówiło po angielsku więc nagle dużo rzeczy mi się urwało. Z perspektywy czasu widzę, że nie był to łatwy okres.

Zacząłem się uczyć - sam - węgierskiego, znalazłem pracę w szkole językowej. Ludzie byli generalnie mili, jak to w niewielkich miastach często bywa. Nosiłem wówczas kolczyki w uszach i gdy napisano o mnie artykuł w miejscowej gazecie to te kolczyki zajęły prominentne miejsce w tekście.

Ponadto jako Polak zawsze mogłem liczyć na sympatię bo tu się Polaków autentycznie i spontanicznie lubi (jakby ktoś chciał emigrować i szukał miejsca gdzie nie będzie wciąż słyszeć, że zabiera komuś pracę czy też jest niekulturalny natomiast będą go lubić to polecam Węgry). Z czasem znalazłem paru innych Polaków i założyliśmy klub polski, który nawet do dziś działa. Jakoś oswoiłem to miejsce choć gdy tylko nadarzyła się okazja przenieść się do Budapesztu zrobiliśmy to z wielką radością.

Rowerzysci w Bupadeszcie

Podnoszenie rowerów na Masie Krytycznej

Jak Ci się teraz mieszka w Budapeszcie? Jak traktujesz miasto?

W Budapeszcie mieszka mi się super. Miasto jest ładne i pełne uroczych miejsc a ponadto mieszkamy w samym centrum więc w bardzo wiele miejsc chodzimy na piechotę czy też jedziemy na rowerze. Całe życie mieszkałem poza centrum i do dziś pamiętam te wieczne czekanie na tramwaj czy autobus, wreszcie jest inaczej.

Tak się złożyło, że siódma dzielnica, w której mieszkam, stała się zagłębiem kultowych romkocsm czyli knajpek otwieranych w walących się domach. Są one wszędzie, a dzięki nim trafia tutaj masa ludzi więc okolica zrobiła się bardzo żywa. Budapeszt też powoli wyrasta na potęgę rowerową, coraz więcej ludzi jeździ na rowerze, buduje się ścieżki, genialne są masy krytyczne, w tą sobotę będzie niestety ostatnia. Tu da się żyć.

Cały czas jeszcze odkrywam Budapeszt. Czytam sobie o różnych aspektach miasta, jak daję radę to chodzę na przechadzki po mniej znanych okolicach. Blog pomaga mi nieco głębiej wejść w pewne rzeczy, które mnie zainteresują. A przy tym po tylu latach czuję się już budapeszteńczykiem. Udzielam się nieco w internetowych lokalnych wspólnotach, chodzę na demonstracje. Jak widzę turystów z mapą w mojej okolicy to pytam czy może pomóc i wiele razy miło sobie z nimi pogadałem.


Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Fascynuje mnie odkrywanie Węgier - Węgrów, różnic między Węgrami a Polską. Kiedyś myślałem, że to dwa środkowoeuropejskie kraje o niemal identycznej historii i kulturze, teraz widzę jak bardzo się myliłem. Parę przykładów: przenoszę się na Węgry a tam w telewizji leci serial niemiecki. Niemiecki??? W Polsce, wtedy przynajmniej, rzecz niewyobrażalna. Albo niechęć do Rosji: jest i tu i tu. Tyle, że na Węgrzech przybiera ona formę strachu przed jakimiś przerażającymi innymi, obcymi a w Polsce Rosjan choć też się nie lubi to nie lubi ich się tak jak się nie lubi kuzyna, który mimo, że parszywy to jednak jest rodziną.

Z innych rzeczy, musiałem się nauczyć, że chleb kupuje się na kilogramy ("poproszę o pół kilo chleba") a napoje na decylitry ("dwa deci soku" - tak tu się mówi). Ze wszędzie w mieszkaniach albo zdejmuje się buty albo przynajmniej należy zaoferować, że się to zrobi. Gospodarz gościnnie zsuwa z nóg swoje kapcie oferując je gościowi - takie cieple jeszcze, blee!

No i herbata. W Polsce rzecz oczywista ale tutaj już nie. Na Węgrzech pije się jej dużo mniej, zwykłą herbatę jeszcze rzadziej i to w dodatku w zasadzie wyłącznie jako Earl Greya, w resturacjach innej najczęściej wogóle nie ma. Spotkałem już się ze stwierdzeniem: herbata? Już po 15-tej, dziękuję, jak wypiję to nie będę mógł spać. Za to kawa płynie tu strumieniami. I tak dalej, te mniejsze-większe różnice nie mają końca.

Romkocsma, Budapeszt

Romkocsma

Jakie książki o Budapeszcie poleciłbyś czytelnikom?

Ze starszych to 'Chłopców z placu broni'. Nie wiem ilu ludzi wie ale jest to najpopularniejsza na świecie książka napisana przez węgierskiego autora. Przetłumaczono ją na masę języków i wydano w wielkich nakładach. Sam pamiętam jak czytałem ją jako lekturę w szkole. Akcja dzieje się w Budapeszcie, w ósmej dzielnicy stoi zresztą pomnik bohaterów książki.
I choć książka uchodzi na powieść młodzieżową to gdy wróciłem do niej niedawno dotarła do mnie na nowo. Dla mnie jest to książka o tym jakie społeczeństwo umożliwiło pierwszą wojnę światową. Kult formalnej organizacji, honoru, poświęcenia mimo jego nadaremności, strach przed wykluczeniem wszystko to sprawiło, że miliony ludzi - w dzieciństwie tacy chłopcy jak ci opisani w powieści - karnie pomaszerowało na śmierć. Czyli książka dla młodych i starszych.
Druga książka, a może niedługo i książki jak więcej ich przetłumaczą na polski, to kryminał Vilmosa Kondora pt. 'Budapest noir'. Akcja tej serii ma miejsce w Budapeszcie przed wojną, w czasie niej i w okresie powojennym. Miasto opisane jest w detalach i z całą pieczołowitością, czyta się trochę jak przewodnik po przeszłości Budapesztu. Ciekawostką są pojawiające się wątki polskie. Książka nie unika polityki: bohater ma proangielskie poglądy - w przeciwieństwie do dominujących wówczas sympatii proniemieckich - żył w Stanach Zjednoczonych i nie lubi strzałokrzyżowców. Po takiej książce chce się odwiedzić Budapeszt!

Chlopcy z placu broni

Pomnik Chłopców z placu broni

 

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Jeża

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Latająca pyza w Mediolanie

Katasia w Cannes

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



niedziela, 31 marca 2013

Świąteczna niespodzianka. Dziś w serii "Przeprowadzki" pojawia się gość specjalny: świetna komentatorka włoskiego życia, znakomity fotograf, pasjonatka sztuki, miłośniczka kina i wytrwała blogerka, czyli Latająca Pyza we własnej osobie. Magda opowie dziś o tym, jak zamieszkała we włoskiej stolicy mody i co sądzi o przyzwyczajeniach mieszkańców swojej nowej ojczyzny. A ja dałabym wiele, żeby zobaczyć, jak gestykuluje w stylu Roberta Begniniego...

Jak to się stało, że znalazłaś w Mediolanie? Dlaczego akurat tam?

Mediolan to wielki przypadek, rezultat zbiegów okoliczności doprawionych strzałą amora. Przypadek, który od sześciu lat jest moją codziennością. Nigdy nie planowałam mieszkania we Włoszech, ale prawdopodobnie, jeżeli którekolwiek z włoskich miast mogło mnie do siebie przekonać, to właśnie Mediolan.

Mediolan

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze wrażenia pamiętam dziś dość mgliście. Był sierpień, miasto jak zawsze wakacyjną porą było wyludnione, panował charakterystyczny dla Mediolanu parny upał, do którego do dziś się nie przyzwyczaiłam. Wszystko było inne, nowe, inaczej pachniało. Nie umiałam obsłużyć moki, aby przygotować poranną kawę, dostawałam ataków śmiechu na widok nie kończących się regałów z makaronem w supermarketach, byłam dumna jak paw, kiedy po raz pierwszy odważyłam się kupić sama bilet tramwajowy, mówiąc un biglietto per favore!. Potyczki językowe to była moja codzienność, do dziś opowiadam wszystkim anegdotkę o minie mechanika, do którego przyjechałam z przebitą oponą samochodową, pytając czy mogę ją zmienić u niego, ale mieszając gomma (opona) z gonna (spódnica).

Długo trwało zanim weszła mi w krew la vita milanese. Dziś nie wyobrażam sobie nie wypić małego espresso po obiedzie, wieczornego aperitivo bez mojego ulubionego coctailu Americano na bazie pochodzącego właśnie z Mediolanu Campari czy oglądania niedubbingowanych filmów w kinie. Całuję się na powitanie w policzki dwa, a nie, jak w Polsce, trzy razy, na koniec rozmowy telefonicznej powtarzam milion razy ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao i gestykuluję nie gorzej niż Roberto Begnini.

Mediolan

Mediolan

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto i same Włochy?

Kiedy wracam do Mediolanu, wracam do domu. Lubię jego włoskość i europejskość równocześnie. Włoskość to charakterystyczne dla Mediolanu żółte ściany budynków i zielone okiennice. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, to również lokalny patriotyzm mieszkańców, ich  przywiązanie do mediolańskiego dialektu i kuchni. Włoskość to wszechobecna architektura i sztuka, to szacunek do tradycji i poczucie dziedzictwa. Europejski Mediolan to międzynarodowe centrum designu, mody i finansów pełne najsłynniejszych architektów, projektantów mody, ale też podróżujących wte i wewte  businessmenów i turystów. To pomarańczowe rowery bikesharing, darmowe punkty wi fi w całym mieście, restauracje z gwiazdkami Michelin i ekskluzywne sklepy. Mediolan to taki ambitny Włoch, trochę snobistyczny i wywyższający się, ale w gruncie rzeczy prosty i zabawny, lubiący dobrze zjeść i bawić się do rana. Wszystko zależy od tego, w której części miasta go spotkacie.  

Mediolan

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Dziś wiele rzeczy stało się dla mnie oczywistością, ale na początku nie przestawałam się dziwić włoskim przyzwyczajeniom. Do dziś jednym z ulubionych tematów do rozmów między Włochami i obcokrajowcami, którzy od dawna tu mieszkaja jest nabijanie się z włoskich przyzwyczajeń.  Nasz ulubiony temat to obsesja Włochów na punkcie jedzenia, a przede wszystkim jego trawienia. Te wszystkie zasady: nie wolno pić cappuccino po posiłku, broń boże dodawać parmezanu do makaronu z rybnym sosem czy zakaz wchodzenia do wody zaraz po spożyciu posiłku ciągle nas śmieszą. I to, że w czasie posiłków rozmawiają zawsze o jedzeniu!

Włosi to naród hipochodryków, który nękają dziwne, nigdzie indziej niespotykane choroby powodowane zimnem, wiatrem czy połączeniem pewnych składników jedzenia. To też ciągle naród mamisynków, którzy opuszczając rodzinne gniazdko w wieku trzydziestu paru lat, często nie potrafią obsługiwać nawet pralki. Inne ciekawostki? Mania skracania imion na przykładu Francesco to Fra, Irene to Ire, Elena to Ele a Alessandro to Ale. Albo sposób literowania nazwisk, z którym do dziś mam problemy: jeżeli nazywasz się, dajmy na to, Rossi to literując nazwisko mówisz: Roma, Olbia, Savona, Savona, Ischia. Biedna ja, która nazwisko mam długie i pełne liter mało używanych we włoskim.

Mediolan

Największe rozczarowania? Mediolan to nie słoneczna Italia z widokówek! Latem jest tu upalnie, ale znacznie częściej bywa szaro i pochmurno, a zimą najgorsze są przygnębiające mgły, które potrafią wisieć nad miastem całymi dniami. Legendarne zakupy w stolicy mody? Owszem, jeżeli stać was na luksusowe marki. Sklepów na przeciętną kieszeń jest tyle, ile w innych wielkich miastach i choć  i tu znajdziecie małe, fantastyczne butiki, to przekonana jestem, że nieporównywalnie większy wybór jest w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio.

Mediolan

I na koniec jakie książki o Włoszech, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), poleciłabyś czytelnikom?

Jeżeli chcecie poznać prawdziwe Włochy, to koniecznie zanurzcie się w świat Andrei Camilleri i od razu zamówcie bilet lotniczy na Sycylię. Nie oprzecie się jego opowieściom o włoskich smakach i zapachach. A z drugiej strony pozycja obowiązkowa to "Gomorra" Roberto Saviano, powieść niestety non fiction o prawdziwym obliczu włoskiej polityki i interesów.

A kinomanom, którzy chcieliby zobaczyć współczesny Mediolan polecam "Jestem miłością" - Luca Guadagnino , film molto milanese.

Mediolan

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Magdy, aka Latającej Pyzy.


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Katasia w Cannes

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

niedziela, 17 marca 2013

Publikuje gorące wieści z południa Francji. Gdyby nie to, że dużo pracuje w tygodniu, czułaby się jak na bezustannych wakacjach. O podróżach po Lazurowym Wybrzeżu (i nie tylko), smaczkach południa, filmach, książkach i samych Francuzach Katasia pisze w swoim kapitalnym blogu Voyages, voyages. Dzieli się swoimi przeżyciami szczodrze, a wszystko świetnie okrasza zdjęciami. Zapraszam na opowieść Katasi o przeprowadzce na Lazurowe Wybrzeże.

Jak to się stało, że znalazłaś w Cannes? Dlaczego akurat tam?

Przyjechałam do Francji jako jedna z romantycznych emigrantek, żeby dołączyć do pewnego uroczego młodego Francuza, który dzisiaj jest moim mężem. Antoine pracował w Sophii Antipolis, francuskiej Dolinie Krzemowej. Zamieszkaliśmy w Juan les Pins, niewielkiej miejscowości między Antibes i Niceą z bardzo prozaicznych powodów - umożliwiało to nam z jednej strony szybki dojazd do pracy, a z drugiej - pozostanie w bliskości plaży.


Lazurowe wybrzeże
Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze dni na Lazurowym Wybrzeżu były idealnymi wakacjami - nie myślałam ani o szukaniu pracy, ani o tym, co będzie dalej, korzystałam ze słońca, plaży, różowego wina i wspaniałej prowansalskiej kuchni. Do dziś co weekend łatwo mi poczuć się tutaj jak na wakacjach, nawet jeśli w tygodniu sporo pracuję.

Jak Ci się teraz mieszka w Cannes w ogóle? Jak traktujesz Francję?

Nie zamieszkałabym nigdzie indziej. No, chyba że do rządów we Francji dopcha się jakaś skrajna prawica (co z punktu widzenia naszego departamentu wcale nie wydaje się niemożliwe - bardzo dużym poparciem cieszą się tu Front Narodowy i kuriozalne partie typu "Francja dla Francuzów").

Lazurowe wybrzeże

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki wiązały się z faktem, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakim kulturowym amalgamatem jest dzisiejsza Francja. Zdarzało mi się więc na przykład zapytać Francuza z pokolenia od pokolenie za to o zdecydowanie afrykańskich rysach "To skąd Ty właściwie jesteś?"

Poza tym dość szybko udało mi się chyba jednak zintegrować - przyjeżdżając do Francji, znałam już trochę francuski i miałam pewne pojęcie o francuskiej kulturze. Znałam też już trochę Francuzów - mojego obecnego męża, jego rodzinę i przyjaciół.

Jakie książki o Cannes bądź Francji mogłabyś polecić czytelnikom?

Najciekawszą książką o Francji, którą kiedykolwiek czytałam jest na pewno "Francuska sztuka wojny" Alexisa Jenniego - historia francuskiej kolonizacji i ponura wizja Francji, w której kolonialne upiory spotyka się na każdym kroku. Ciekawy obraz dzisiejszej Francji przedstawiają również książka i film "Entre les murs" Francois Begaudeau o przeprawach młodego nauczyciela w trudnej paryskiej szkole.

Lazurowe wybrzeże

Zdjęcia Katasi


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

niedziela, 03 marca 2013

Szczecinianka z pochodzenia, mieszkanka Londynu z wyboru. Wyjechała w pogoni za pracą z książkami i takową znalazła. Jest jedną z najbardziej spełnionych bibliotekarek stolicy. Czyta namiętnie, doradza celnie, a do tego prowadzi świetnego bloga, oczywiście o czytaniu. Dabarai nie ukrywa, że mieszka w raju dla książkochłonów, bo, pomimo tego że rynek księgarski na Wyspach przeżywa trudności, oferta lekturowa Londynu jest tak bogata, że aż trudna do opisania. W życiu w londyńskim królestwie książkowym towarzyszy jest Ulubiony Anglik, którego po prostu nie można nie polubić. Zapraszam serdecznie na spotkanie z Dabarai.

Jak to się stało, że znalazłaś w Londynie? Dlaczego akurat tam?

Powód mojego przyjazdu był raczej bardzo prozaiczny i trywialny - praca. Pracując jako bibliotekarka w Polsce nie zarabiałam wiele, ta sama praca w Wielkiej Brytanii była o wiele lepiej płatna, w dodatku miała lepsze perspektywy. Do tego dość miałam mojego Szczecina, z różnych względów, a Londyn był zawsze miastem, które mnie pociągało, fascynowało i kusiło. Najpierw zwiedzałam Londyn kilkakrotnie jako turystka, za każdym razem dochodząc do wniosku, że właściwie to, co widziałam, to tylko wierzchołek góry lodowej, potem zaczęłam się na poważnie zastanawiać nad wyjazdem. Nie miałam żadnych dalekosiężnych planów, nie wiedziałam, na jak długo chcę na Wyspie zostać. Miałam jednak sporo szczęścia. W podjęciu decyzji pomógł mi fakt, że nie jechałam zupełnie w nieznane. Przez pierwsze trzy miesiące mieszkałam z moim ojcem, dojeżdżając do pracy z drugiego końca miasta, to mi pomogło nieco Londyn oswoić. Była to moja pierwsza przeprowadzka w życiu. I nie żałuję mojej decyzji. Osiem lat minęło od dnia mojego przyjazdu. We wrześniu 2004 roku spakowałam plecak, dużą torbę i (po raz ostatni) wsiadłam w autokar, tym razem z biletem tylko w jedną stronę.

Tower bridge

Rzeczna okolica Tower Bridge

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz je jeszcze?

Moje pierwsze tygodnie w Londynie spędziłam na poszukiwaniu pracy w bibliotece. Okazało się jednak, że nie jest to taka łatwa sprawa, nie miałam wiele doświadczenia, więc mój ojciec dał mi delikatnie do zrozumienia, że powinnam nieco obniżyć loty, poszukać jakiejkolwiek pracy i zacząć na siebie zarabiać! Posłuchałam go i wysłałam zgłoszenie

do kilku księgarni, bo pomyślałam sobie, że mimo wszystko to też praca z książkami! Kilka dni później zaczęłam pracę na Wimbledonie, w nieistniejącej już księgarni sieci Books Etc.  Bardzo lubiłam moją pracę, mimo iż była kiepsko płatna i (był to okres przedświąteczny) czasem stresująca. Czasem zastanawiam się, co by się stało, gdybym dostała pracę w innym miejscu, jak wtedy potoczyłoby się moje życie w Londynie... Nie wiedziałam tego jeszcze, ale właśnie tam poznałam kogoś, dla kogo planuję pozostać w Wielkiej Brytanii na stałe.

Tak naprawdę to moja samodzielna przygoda z Londynem zaczęła się w styczniu 2005 roku. Zaczęłam pracę w upragnionej bibliotece, przeprowadziłam się, zostałam sama. Okazało się wtedy, że samotność to coś, co każdy, a tym bardziej imigrant, musi jakoś oswoić. Poza moim ojcem i jego znajomymi na drugim końcu miasta nie miałam właściwie żadnych znajomych. Nie mieszkałam też, jak wielu naszych rodaku, w "polskim" domu. Moimi pierwszymi współlokatorami byli Francuzka, Szkot i sympatyczny chłopak z RPA. Nie nawiązuję łatwo znajomości, więc większość czasu spędzałam sama, dużo czytałam, oswajałam się z nową, nieznaną dzielnicą Londynu. Potem zaczęłam poznawać Londyn w towarzystwie Ulubionego Anglika.

London Eye

Londyńska perspektywa


Jak Ci się teraz mieszka w Londynie? Jak traktujesz miasto?

Kocham Londyn! Kocham to miasto pomimo jego wad, pomimo brzydoty, przeludnienia, kosmicznych cen mieszkań, tłoku na ulicach, nachalnych ulicznych roznosicieli ulotek i wiecznych problemów z transportem. Kocham Londyn, bo to miejsce pełne życia, pełne ludzi, pełne historii. Ciągle coś się tu dzieje, zmienia, rośnie, a jednocześnie są też pewne miejsca, które pozostają niezmienione od wieków. Niektóre dzielnice zmieniają się niemalże z dnia na dzień, rosną nowe strzeliste biurowce, centra handlowe, stacje metra są przebudowywane i rozbudowywane, do tego powstała właśnie cała wioska olimpijska, nowy stadion i park.  Z drugiej strony - w samym centrum miasta stoją od wieków budynki Parlamentu ze słynnym Big Benem, pałac Buckingham, katedra Świętego Pawła - znane na całym świecie zabytki, ale także miejsca, które wciąż kwitną życiem - w nich się wciąż mieszka, modli, pracuje, codziennie obcując z wielowiekową, oswojoną historią. Kocham Londyn właśnie za te spotykane wszędzie sprzeczności. Za to, że historia i nowoczesność mieszają się ze sobą. Za to, że obok gwarnego City znajdują się Hyde Park i Kensington Gardens, 253 hektary zieleni, od czterystu lat służące mieszkańcom stolicy jako miejsce wypoczynku, spotkań towarzyskich i ważnych wydarzeń. Niesamowite są też londyńskie księgarnie, antykwariaty i sklepy charytatywne, w których często za grosze można kupić prawdziwe skarby. Pomimo tego, że rynek księgarski przeżywa kryzys, znikają sieciowe i specjalistyczne księgarnie, to wciąż Londyn jest rajem dla książkochłona takiego jak ja!

Podobno (według opinii UA) zachowuję się też jak prawdziwa mieszkanka Londynu - znam skróty i małe, zapomniane uliczki, niektóre dzielnice znam nawet lepiej niż Ulubiony (Rodowity) Anglik, codziennie jeżdżę do pracy na rowerze, kręcę nosem na turystów i stoję w kolejkach na przystankach autobusowych. Jestem wierną mieszkanką południowego Londynu, na samą myśl o przeprowadzce na daleką PÓŁNOC dostaję dreszczy - Tamiza to taka naturalna granica oddzielająca dwa plemiona Londyńczyków...  Oswajam miasto, a miasto oswaja mnie - w dalszym ciągu nie zwiedziłam wszystkich miejsc, zabytków, galerii, dzielnic, ale pocieszam się, że mam na to duuużo czasu... Mimo wszystko jestem realistką. Londyn to miasto bardzo drogie, wiele osób przeprowadza się poza jego granice, tam gdzie taniej, dojeżdżając do pracy pociągami, inni przenoszą się do innych miast, gdzie stać ich na kupno domu z ogrodem, a nie małego, ciasnego mieszkanka. Jak to będzie kiedyś, to się okaże, ale na pewno bym za Londynem tęskniła.


LondynLondyński niezbędnik - Brompton. Tym akurat jeździ Ulubiony Anglik, ale Dabarai ma identyczny

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Nie pamiętam właściwie żadnych wielkich rozczarowań czy wpadek... Zdarzały się językowe nieporozumienia, na przykład te polegające na nieznajomości angielskiego rynku książki... Ktoś zapytał mnie kiedyś o książki Ladybird (słynna seria książeczek dla dzieci), a ja skierowałam ich w stronę książek o biedronkach (ladybird to właśnie po angielsku biedronka...) Natomiast sporo rzeczy mnie wciąż irytuje lub śmieszy. Znienawidzone angielskie krany, których na szczęście nie spotyka się już tak często jak kiedyś. Z jednego leci ukrop, z drugiego lód. Żeby wymyć ręce, trzeba się najpierw oparzyć, a potem ewentualnie ukoić ból poparzonych palców w lodowatej wodzie. Można, co prawda, zatkać umywalkę korkiem i napuścić tam wody, ale na litość boską, kto ma na to czas?! Nie mówiąc już o tym, że to czasem niezbyt higieniczne... Co jeszcze? Angielskie okna (na każdą wzmiankę o nich UA przewraca oczami i wzdycha) - większość z nich otwiera się na zewnątrz i nie da się ich normalnie umyć. Niektóre otwierają się tylko troszeczkę. Zdarzają się okna nieszczelne, zdarzają się też zbyt szczelne, przy których pojawiają się zacieki a nawet pleśń.

Jeśli chodzi o odkrycia, to jest ich znacznie więcej. Na przykład niesamowita ilość różnorakich restauracji serwujących dania ze wszystkich stron świata. To właśnie w Londynie po raz pierwszy jadłam japońskie sushi, chińskie dim sum, czy prawdziwe pyszne dania ze Sri Lanki. Fantastyczny jest w Londynie także łatwy dostęp do muzeów, wystaw czy wernisaży. Najsłynniejsze galerie i muzea są bezpłatne. Często dostępne są też roczne przepustki, które uprawniają do wstępu na ciekawe wystawy i wernisaże, na przykład w słynnej galerii Tate. Natomiast ostatnie moje odkrycie to rowery! Nagle wszystko staje się jakoś bliższe, bardziej dostępne i mniej zatłoczone. Ścieżki rowerowe, łatwe do nawigacji i bardzo widoczne, możliwość wypożyczenia roweru w centrum miasta (słynne niebieskie rowery Borysa...), mnóstwo sklepów ze sprzętem rowerowym i gadżetami, a do tego składane rowery, które nam pozwalają zapakować się do metra, dojechać do centrum i tam rozłożyć rower. Łatwo nimi dojechać do jednego z londyńskich parków czy skwerków, urządzić sobie piknik, odpocząć, czytając książkę, a wieczorem pojechać do domu. Jedyny minus to to, że pracując na pełen etat nie mam zbyt wiele czasu na zwiedzanie Londynu, na odkrywanie go tak często, jak bym tego chciała. Właściwie wielu mieszkańców Londynu na co dzień porusza się tylko w obrębie jednej czy dwóch dzielnic. Wyjazdy do centrum miasta to głównie zajęcie na weekend, podróż z jednego krańca miasta na drugi może zabrać sporo czasu, a do tego może być kosztowne (ceny biletów są horrendalnie wysokie!). Są jednak weekendy, kiedy ciągnie nas do odległych dziennic, do pełnego turystów centrum, bo nie ma nic lepszego niż atmosfera miasta buzującego energią i pozytywnymi wibracjami.

Londyn

Cmentarz Highgate

Jakie książki o Londynie poleciłabyś czytelnikom?

Uwielbiam czytać powieści, które opowiadają o miejscach mi znanych. Lubię też, kiedy po przeczytaniu jakiejś książki mam ochotę podążyć ścieżkami, o których opowiadał jej autor. Tak było z Audrey Niffenegger  i jej "Her Fearful Symetry" (polski przekład "Lustrzane odbicie") - bohaterkami tej wciągającej powieści o duchach, miłości i relacjach rodzinnych są siostry bliźniaczki, które mieszkają tuż obok słynnego cmentarza Highgate. Kiedy skończyłam czytać powieść, nabrałam strasznej ochoty na wycieczkę na ten cmentarz! Faktycznie, robi on na zwiedzających niesamowite wrażenie, przede wszystkim część zachodnia, która można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Fantastyczne, wiktoriańskie pomniki, ogromne mauzolea, nagrobki, a wszystko w otoczeniu starych drzew, ocieniających ścieżki i tworzących niesamowitą atmosferę. Polecam i książkę i cmentarz! Inne książki, których akcja toczy się w Londynie to na przykład "Brick Lane" Moniki Ali - autorka umieściła akcję swojej powieści w słynnej dzielnicy we wschodnim Londynie, a bohaterami są imigranci z Bangladeszu. Z kolei o Londynie, którego już nie ma opowiada fantastyczna książka Jennifer Worth "Call the Midwife". Są to wspomnienia Worth, która w latach latach pięćdziesiątych zaczęła pracę jako położna w dzielnicy portowej Docklands, najbiedniejszej części Londynu. Jej opowieść jest przejmująca, poruszająca, często dowcipna i pełna niesamowitych, prawdziwych bohaterów. East End, dzielnica, w której toczy się akcja książki Weir, zmienił się nie do poznania, więc jej wspomnienia są pewnego rodzaju socjologicznym dokumentem nieistniejącego już świata.

Jakiś czas temu odwiedziłam z Ulubionym Anglikiem polecaną przez Padmę wystawę w British Library zatytułowaną "Writing Britain: Wastelands to Wonderlands", która ukazuje literackie krajobrazy Wielkiej Brytanii, pokazując w jaki sposób miasto, wieś, dzika przyroda, czy rzeki inspirowały brytyjskich pisarzy i poetów. Dzięki wystawie przypomniałam sobie o kilku interesujących pisarzy piszących o Londynie, których książki chciałabym kiedyś przeczytać, na przykład Hanif Kureishi "The Buddha of Suburbia" ("Budda z przedmieścia") , Zadie Smith, "White Teeth" ("Białe zęby")... Ach, książki, których akcja toczy się w Londynie, a których jeszcze nie czytałam, jest baaardzo dużo... , "Thames: Sacred River" Petera Ackroyda, "Great Stink" Clare Clark, Dickens...  Natomiast Ulubiony Anglik poleca za moim pośrednictwem wyjątkowo wciągającą książkę "Underground, Overground. A Passenger's History of the Tube" autorstwa Andrew Martina, czyli opowieść o londyńskim metrze.

Londyn

 Kyoto Gardens w Holland Parku

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Dabarai.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



wtorek, 02 października 2012

Holly jest wszechstronna: pracowała jako korespondentka dla polskiego dziennika gospodarczego, potem prowadziła biuro w amerykańskiej firmie we francuskojęzycznym kantonie Szwajcarii, by wreszcie przeprowadzić się z dwójką dzieci do Paryża, gdzie nie potrafi spocząć ani na chwilę, bo opisywanie paryskiego życia kulturalnego wymaga przecież pracy od świtu do nocy! Niestrudzona, aktywna, pełna energii i pasji zatrzymuje francuską stolicę dla nas w genialnym blogu Dziennik paryski. Kocha miasto, a ja kocham z nią spacery po Paryżu, a jeszcze bardziej to, jak opowiada o teatrze, bo teatr to drugie imię Holly. Serdecznie zapraszam dziś na jej opowieść o tym, jak przeprowadziła się z Genewy do Miasta Sztuki.  

Jak to się stało, że znalazłaś się w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

Było więc tak. Zapuszczałam już od lat głębokie korzenie w protestanckiej, ospałej Genewie, nie spodziewając się, że czekają mnie jeszcze jakiekolwiek wielkie zmiany, pocieszając się znakomitą skądinąd szwajcarską czekoladą, urokami jeziora i wieczorami przy fondue z przyjaciółmi. Aż tu nagle dzwoni pewnego dnia mąż, i pyta, czy przypadkiem nie byłabym zainteresowana wyjazdem do Paryża. On nie jest tym pomysłem jakoś szczególnie zainteresowany, bo gdzie będzie nam lepiej niż tu, prawda? Jakiś diabełek, który towarzyszy mi w życiu i za mnie często podejmuje decyzje, odezwał się i tym razem, i powiedział - a więc jedziemy! Była to najbardziej zwariowana, ale z pewnością najlepsza decyzja, jaką zdarzyło mi się podjąć w życiu.  Rezygnowałam z mojej małej stabilizacji, ale czułam instynktownie, że czeka mnie przygoda!

No i przecież nie wyjeżdżaliśmy na biegun północny. Paryż znałam z krótkich pobytów, ale czymś zupełnie innym jest krótka wizyta, a czym innym mieszkanie i praca w nowym mieście. Wszystko wydawało mi się proste, podobna kultura, ten sam język…W kilka tygodni później,  pakowałam walizki, żegnałam przyjaciół, miasto Kalwina i wyruszałam, niczym Rastignac, na podbój stolicy!

Paryż Joanny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia, jeśli je jeszcze pamiętasz?

Przeprowadzaliśmy się w samym środku zimy, po wielkich trudach udało nam się znaleźć mieszkanie, było duże, ale kaloryfery w nim  prawie nie działały, przez szpary w oknach wiał zimny wiatr i choć miałam do dyspozycji kominek, nie bardzo wiedziałam, gdzie znaleźć drewno na opał. Korespondencję miała nam wkładać pod drzwi dozorczyni, która była żywcem wyjęta z "Lokatora" Polańskiego, gdyż w kamienicy nie było skrzynek pocztowych, ale ja miałam obsesję, że stoi pod drzwiami i podsłuchuje. Nawet sobie trudno wyobrazić, jaką władzę ma nad nami w Paryżu dozorczyni!

Przyzwyczajona do szwajcarskiej skrupulatności administracyjnej, nie mogłam też uwierzyć, że najważniejszym dokumentem w Paryżu okazał się rachunek za światło, tylko na jego podstawie można było na przykład otworzyć konto w banku czy też zapisać dziecko do szkoły. Ale dom był magiczny. Na drzwiach mieszkań ujrzałam przyklejone mezuzy, moimi sąsiadami byli ortodoksyjni Żydzi i w piątkowe wieczory spotykali się całymi rodzinami, aby wspólnie obchodzić Szabat, głośno do późna w nocy ucztując i śpiewając.  Czułam się jakbym była na "Austerii".

W te mroźne, styczniowe dni, Paryż jawił mi się jak miasto z bajki. Zachwycały zamarznięte fontanny w Ogrodzie Tuleryjskim, tłumy na podgrzewanych gazem tarasach kawiarń, półżywe kraby, ostrygi i małże na targu Poncelet i bukiniści, którzy mimo mrozu otwierali swoje zielone kramiki nad brzegiem Sekwany. Od pierwszego właściwie dnia miasto mnie uwiodło, rozkochało w sobie, całkowicie pochłonęło. 

Paryż Joanny

Jak Ci się dziś mieszka w Paryżu?

Jest Paryż i Paryżanie. Najpierw może o samych Paryżanach, którzy nie zawsze są łatwi we współżyciu. Przyjechałam z Genewy, w której ludzie się sobie kłaniają, są wobec siebie z reguły życzliwi i sympatyczni, obowiązuje kurtuazja i nikomu się nigdzie nie spieszy, uśmiechałam się więc na początku naturalnie do ludzi i miałam wrażenie, że biorą mnie za osobę chorą psychicznie. Tego tu się nie robi! Obowiązują pewne kody. Na przykład, nigdy nikomu na ulicy nie wolno patrzeć prosto w oczy, nie odpowiadać na pytania osób nieznajomych i starać się robić jak najbardziej ponure miny w metrze. Tego musiałam się nauczyć, ale chyba już dziś idzie mi to nieźle…Jedynie, gdy wpadam na dzień-dwa do Genewy, to jestem zaskoczona, gdy po wejściu do budynku zupełnie obce osoby mówią mi "dzień dobry", a autobus zatrzymuje się w połowie przystanku, żeby ktoś mógł z niego wysiąść.

Innym problemem jest język. We francuskojęzycznej Szwajcarii trudno sobie nawet wyobrazić, aby ktoś nas zapytał skąd pochodzi nasz akcent. W kraju wielojęzycznym, jakim jest Szwajcaria, z dziesiątkami akcentów i dialektów, w którym każdy mówi tak jak potrafi, akcent jest czymś całkowicie naturalnym, nie wypada zwracać na niego uwagi. Ale w Paryżu jest inaczej. Poziom języka sytuuje nas w hierarchii społecznej, akcent - dyskwalifikuje. Mało tu tolerancji dla inności.

A miasto, i mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem, całkowicie nas przeobraża. Stajemy się bardziej wrażliwi, chłonni, otwarci na nowe zjawiska w każdej dziedzinie kultury. Może już samo przebywanie wśród pięknej architektury, po prostu życie w tym największym na świecie muzeum pod gołym niebem, prowadzi do rodzaju metamorfozy, a może po prostu jesteśmy tak stymulowani, że bezwolnie tej przemianie ulegamy?

Dla pasjonata historii takiego jak ja, mieszkanie w Paryżu to również codzienne zdzieranie kolejnych warstw przeszłości miasta. Każdy budynek, pałac, hotel to przecież kilka wieków dziejów. Ponadto Paryż ma jakąś niebywałą wewnętrzną energię. Zadziwiają mnie niezwykle oryginalne inicjatywy ludzi, takie chociażby jak ostatnio zorganizowane targi książki na samym szczycie wieży Montparnasse. W mieście pracują tysięce artystów, których pracownie rozlokowane są we wszystkich dzielnicach. Dni ich otwarcia dla publiczności to prawdziwe święto. Muszę się przyznać, że nie wyobrażam sobie, iż kiedyś będę musiała stąd wyjechać i powrócić do mojej genewskiej oazy spokoju.

Paryż Joanny

Co cię najbardziej zaskoczyło, wywołało zdziwienie czy też rozczarowało?

Intensywność życia kulturalnego. Ilość organizowanych imprez, tłumy w księgarniach, w kinach, na wystawach sztuki i w teatrach. To powoduje również, że czuję się tu jak ryba w wodzie. Gdy kiedyś wychodziłam o szóstej rano z Grand Palais, z czynnej przez ostatnie trzy doby non-stop retrospektywy Moneta, przed wejściem stał już spory tłum ludzi, ale nie emerytów, ale podążających do pracy kobiet i mężczyzn. Społeczeństwo francuskie jest  znakomicie wykształcone, laickie, oczytane, chłonie bez umiaru wszystko, co oferuje mu miasto. Może kultura  zastąpiła tu kościół? Francja jest przecież państwem głęboko laickim. Rewolucja przeorała umysły i to się czuje. Wysoki jest też poziom intelektualny prasy i debatowania francuskiej inteligencji. Udział w kulturze nobilituje. Kwitną wydawnictwa a dzieci i młodzież czytają, nie trzeba ich do tego namawiać i mają nawet swój własny salon książki. Szkoła jest na znakomitym poziomie, stymuluje i rozwija. I cenię to, że Francuzi nie oszczędzają na kulturze i nie szaleją na punkcie dorabiania się - wolą pracować mniej, 35 godzin i mieć więcej czasu na chociażby czytanie. Nie czuję tu takiego pędu do posiadania, jaki jest u nas.  Nie ma tu też obsesji na punkcie pracy.

Zaskoczył mnie też francuski system państwa opiekuńczego, w porównaniu z którym, Szwajcaria jest bardzo kapitalistyczna i liberalna.

Co mnie najbardziej rozczarowało? Może bardzo słaby wysiłek na rzecz integrowania cudzoziemców i obywateli francuskich o innym języku, kolorze skóry czy kulturze. Wyrzucanie ich na margines, do przedmieść. Szwajcarzy radzą sobie z tym lepiej.

Czy są jakieś książki o Paryżu, które zechciałabyś polecić?

Czytam sporo książek związanych z Paryżem, ale nie są one tłumaczone na polski, a więc może skorzystam z okazji, aby zasugerować lekturę literatury francuskiej i eseistyki w tłumaczeniu przesiąkniętego tym miastem i kulturą francuską Władysława Boya-Żeleńskiego. Jego tłumaczenia powieści Zoli, Hugo czy Stendhala są po prostu majstersztykiem, ale polecam również eseje. A z bardziej współczesnych, może "Paryskie pasaże" Krzysztofa Rutkowskiego? Jeśli ktoś będzie miał okazję, to radziłabym również zajrzeć do albumów fotograficznych poświęconych Paryżowi takich artystów jak Doisneau, Bresson czy Brassaï, one też pomogą nam odsłonić sekrety miasta.


Paryż Joanny

Wszystkie zdjęcia są zrobione przez Holly.

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

 

środa, 29 sierpnia 2012

Przyjechała na Wyspy mniej więcej w tym samym czasie co ja. Znalazła swój dom na północy, a ja na południu. Nasze doświadczenia są bardzo różne, bo było nie było, mieszkamy w zupełnie innych krainach, które za dwa lata mogą stać się odrębnymi państwami. Invitada z pasją nie tylko po Szkocji chodzi, ale i oprowadza, bo pracuje m.in. jako przewodnik. Jej genialne wycieczki po szkockiej głuszy dokumentuje w świetnym blogu Moje miasto i mój świat Zresztą zapisków podróżniczych znajdziecie tam więcej z wielu innych części świata. Invitada jest niezłomna: w jednym tygodniu będzie przedzierać się autobusem przez litewsko-polską granicę późną nocą, a w drugim przemierzy kilkanaście mil górskiej trasy w Szkocji. Podziwiam jej energię i reporterski zmysł obserwacji. I to, jak dobrze zadomowiła się w Edynburgu. O szczegółach swojej przeprowadzki opowiada poniżej. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Edynburgu? Dlaczego akurat tam?

Pewnego dnia siedziałam w mojej "polskiej" pracy i stwierdziłam, że nie jestem szczęśliwa. Dusiłam się i zdawałam sobie z tego sprawę. Postanowiłam coś w swoim życiu zmienić.

Szkocja to zupełny przypadek w moim życiu i chyba zrządzenie losu. Czasami warto iść z prądem i zdać się na przeznaczenie, bo bywa, że losowy wybór jest o niebo lepszy aniżeli ten, jakiego dokonalibyśmy sami. Do dziś pamiętam lot z przesiadką w Pradze, czyste i nieduże (tak wtedy mi się wydawało) lotnisko w Edynburgu i podróż do centralnej części kraju. O Szkocji wiedziałam naprawdę niewiele. Chyba tylko to, że znajdowała się na północy Wielkiej Brytanii i z prawie każdej strony otoczona jest wodami, które nijak nie sprzyjają kąpielom z powodu niskiej temperatury. Przed wyjazdem wydawało mi się także, że opowieści o kapryśnej i zmiennej pogodzie to także taka bajka. To nie  jest bajka, a Szkocja to przede wszystkim góry i woda.

Szkocja, wybrzeże

Duża czść mieszkanców Szkocji żyje z morza i dzięku morzu

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu?

Pierwsze pięć miesięcy mojego szkockiego życia to przede wszystkim nauczenie się na nowo angielskiego i koncentrowanie się na nowym, szorstkim, twardym akcencie, innym wymawianiu głosek i nowych słowach. Szkoci używają wielu słów z języka szkockiego, którymi nie posługują się na przykład przyjezdni z innych rejonów Wielkiej Brytanii i emigranci. W języku szkockim piszą oni książki, języka szkockiego uczą w domach dzieciaki. Drugim językiem, który ponownie został wprowadzony do szkół jest galeacki. Na Isle of Skye jest szkoła językowa, gdzie wszystkie zajęcia prowadzone są w galeackim. Znane są przypadki, iż pastorzy jadący objąć nową posadę na Hebrydach, nie zagrzali zbyt długo miejsca, bo bez znajomości galeackiego zostawali szybko zwalniani z etatów. Galeackiego do dziś nie udało mi się opanować, ale ze szkockim idzie mi niezle. Kilkadziesiąt mil na północ od Edynburga tablice przy drogach informują przejeżdżających w dwóch językach - angielskim i galeackim właśnie.

Pierwsze pięć miesięcy to także bezpośredni kontakt z naturą. Pamiętam mój pierwszy poranek i spojrzenie przez okno. Pod krzaczkiem siedział królik, po trawie spacerował bażant, a z oddali dochodziło gęganie gęsi kanadyjskich. Dwa dni później urodziły się maleńkie owieczki. Nowe życia deptały mi po piętach do pierwszej szkockiej jesieni. Nie zliczę mil, które przejechałam wtedy rowerem po wiejskich i małomiasteczkowych uliczkach. Nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich dolin i wzgórz, które przemierzyłam, potoków, nad którymi siadałam, żeby poczytać książki. Po raz pierwszy pojechałam także do Perth na Highland Games i zobaczyłam mężczyzn w kiltach. Kilty naprawdę są w użyciu w Szkocji i przy okazji ważnych wydarzeń lub zwyczajnej niedzieli z dumą są zakładane przez właścicieli.

A potem postanowiłam się przeprowadzić do Edynburga. Kiedy wyszłam po raz pierwszy na spacer z ogromnego, wiktoriańskiego domu i wkroczyłam w świat wiktoriańskich szeregowców, zgubiłam się. Wszystko wydawało być się do siebie bardzo podobne. Potem zakochałam się w Edynburgu i ciężko mi sobie wyobrazić, że mogłabym tutaj nie mieszkać.

Szkoci w kilcie

W kilcie przy każdej okazji, w tle budynek szkockiego parlamentu

Jak Ci się teraz mieszka w Edynburgu? Jak traktujesz miasto i samą Szkocję?

W Edynburgu mieszkam już ponad siedem lat i to jest moje szczęśliwe miejsce na ziemi. Nie jest tak zróżnicowane kulturalnie jak Glasgow, ale dostarcza wystarczającej dawki energii, jeśli takowej potrzebuję. Wystarczy wtedy, że wychodzę na jakąkolwiek ulicę. Zawsze ktoś się uśmiechnie, przywita, zamieni dwa zdania. To sprawia, że zdecydowanie odzyskuję dobry humor i chęć do kontynuowania tego, co tutaj robię. Edynburg jest moim domem. Miejscem, do którego wracam z chęcią i do którego tęsknię. Nie znaczy to, że nie lubię się z miasta ruszać. Uwielbiam. Wtedy powroty są podwójnie radosne i wyczekiwane.

Jak każde większe miasto Edynburg ma swoje ciemne i jasne strony. Nie wszystko jest tutaj idealne, nie żyje się zupełnie bezkonfliktowo. Nauczyłam się jednak nie zwracać na te niemiłe aspekty życia uwagi, a koncentrować się na tym, co przynosi mi radość.

Edynburg

Royal Mile w Edynburgu

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Pamiętam, że kiedyś, jeszcze na początku mojego pobytu, zapytałam pewnego Szkota, czy nie jest on przypadkiem Anglikiem. Miał akcent trochę przypominający mi mieszkańca Liverpool i tym się sugerowałam. Błąd! W miarę poznawania przeze mnie mieszkańców kraju przekonywałam się o tym, że Szkoci bardzo różnią się od Anglików i odwrotnie. Sławnej i mitycznej już chyba nienawiści nie ma, bo czas zaciera historyczne rany i tak powinno być, ale uprzedzenia są.

Szkoci bardzo lubią manifestować tę swoją odmienność, ale nie robią tego w sposób agresywny. Nie chcą także nikogo obrazić. Szkocka flaga wywieszona na posesji to standard. Czasami odnoszę wrażenie, że tego "standardu" jest może zbyt wiele i można by z manifestowania odrębności trochę zrezygnować. Bluzy ze szkocką flagą, dzieciaki chrzczone w kiltach, niedziela w pubie przy piwie i szkockiej muzyce, kobzy. W 2014 roku referendum, w którym Szkoci zadecydują, czy chcą pozostać częścią Wielkiej Brytanii, czy być niepodległym państwem. Kilka lat temu dowiedziałam się także, że Szetlandy mają odrębny parlament, flagę i także chcą referendum dające im niepodległość. Niewtajemniczonym zdradzę, że Hebrydy bardzo różnią się od Orkadów, a te od Borders. Każda prawie część kraju mogłaby stanowić odrębne państwa.

Kolejnym zdziwieniem, które teraz jest już codziennością, był aktywnie spędzany czas wolny. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu ludzi na rowerach, biegających, chodzących po górach, wyjeżdżających za miasto. Tego się tutaj nauczyłam i teraz 20 milowe spacery nie są dla mnie żadnym wyzwaniem.

Łowienie ryb w Szkocji

Bezkrwawy sport, bo liczy się przede wszystkim relaks (napis dla wędkarzy głosi: "Wszystkie ryby muszą pozostać żywe i muszą zostać wrzucone z powrotem do wody")

Szkocka flaga

Flaga pokazywana przy każdej okazji i w każdym miejscu

I na koniec jakie książki o Szkocji bądź Edynburgu (fiction/non-fiction) mogłabyś polecić?

Do znudzenia będę powtarzała, że jeżeli ktoś chce poznać Edynburg ze wszystkimi wadami i zaletami oraz ciemnymi zaułkami, których z perspektywy turysty nie zobaczy, musi przeczytać cykl Alexandra McCall Smitha "44 Scotland Street", oraz cykl Iana Rankina o detektywie Rebusie.  Irvine Welsh jest autorem "Trainspotting", który zaadoptowano  w 1996 roku na potrzeby filmu. Bardzo lubię czytać książki Andrew O'Hagana, dziennikarza pochodzącego z Glasgow, który doskonale wpasował się swoim reporterskim stylem w moje literackie gusta. Bardzo polecam książki Andrew Greiga, Karin Altenberg, Jamesa Robertsona.

Leila Aboulela nie pisze o Szkocji, ale w Aberdeen odnalazła swój drugi dom. William Dalrymple urodził się w szkockim Borders. Jego rodzina jest bardzo znana i lubiana i mimo tego, iż pisarz nie mieszka już tutaj, często wspomina Szkocję w swoich książkach. Tym, którzy czytają kryminały, polecam książki Ann Cleeves, która akcje powieści umiejscowiła na Szetlandach i Petera May'a piszącego o Isle of Lewis. A jeżeli ktoś bardzo by chciał poczytać w języku szkockim, polecam książki dla dzieciaków autorstwa Alexandra McCall Smitha.


Zdjęcia i podpisy: Invitada

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

piątek, 24 sierpnia 2012

Kasia HordyniecMieszkała w mieście, ale dała się wywieść na zielone pustkowie. Wbrew swojej woli. Teraz jednak już by się nie przeprowadziła gdzie indziej. Kocha swoją część Irlandii, którą dzieli z mężem, dwójką dzieci i psem Jackem Russelem Frankiem (zdjęcie poniżej). Maleńka miejscowość w hrabstwie Donegal trudna jest do odnalezienia na mapie. Kasi Hordyniec to jednak nie przeszkadza. Do miasta można przecież zawsze dojechać, a poza tym tyle rzeczy jest dostępnych przez intertnet. Zresztą sama Kasia udostępnia ich wiele, prowadząc jednocześnie dwa blogi: Z babskiej perspektywy oraz Notatki Coolturalne. Założę się, że bohaterka dzisiejszej "Przeprowadzki" jest bardzo energiczną osobą, bo poza intensywnym blogowaniem i całodziennym matkowaniem, znajduje też czas na pisanie felietonów w wydawanej w Irlandii "Gazecie Polskiej", robienie tłumaczeń i zaszywanie się w pięknych zakątkach dzikiego Donegalu. Zapraszam serdecznie dziś na spotkanie z dobrze Wam znaną irlandzką blogerką - Kasią Eire!

Jak to się stało, że znalazłaś w Irlandii?

Przypadek, jak to w życiu. Spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Nie planowaliśmy emigracji, nie marzyliśmy o niej, w ogóle się o tym w domu nie rozmawiało. Czasy, bo był to rok 2001, ciężkie, ale bez przesady, człowiek sobie zawsze jakoś daje radę. No właśnie - jakoś.  Mąż był zmęczony ciągłą szarpaniną, że każdy wydatek to od razu planowanie i oszczędzanie, że widoków na własne mieszkanie nie ma, więc kiedy dostaliśmy wiadomość, że można by popracować trochę w Irlandii, mimo mojego sprzeciwu, mąż uparł się jechać. I to od razu z zamiarem ściągnięcia rodziny na stałe. Upiłam się z rozpaczy, że mnie nie słucha, że się tak nakręcił na ten wyjazd. W tamtym okresie internet nie był taki wydajny jak teraz. Podłączało się kabel do gniazdka i czekało na załadowanie strony wieki całe. Znaliśmy adres hotelu, gdzie mąż miał jechać, ale nie mogliśmy znaleźć tego miejsca na mapie, szukałam najpierw u siebie w atlasach, potem w bibliotece, aż postanowiłam wygooglować (wtedy się tak o tym nie mówiło) i czekaliśmy chyba z godzinę na załadowanie mapy. A i tak nie było na niej naszego miasteczka. O hrabstwie Donegal wiedzieliśmy tylko tyle, że pięknie, że dużo pada i ludzie mili. I z tym bagażem wiadomości mąż się spakował i tyle go widziałam. Kontakt mieliśmy jedynie telefoniczny, ale za to jaki - dzwonię z budki znajdującej się przy plaży na brzegu oceanu - opowiadał, a mnie w mojej romantycznej wyobraźni coraz to piękniejsze obrazy powstawały. Wychowana na starych angielskich, i jak się okazało potem również irlandzkich, filmach, malowałam w myślach obrazki z naszego przyszłego życia.

Irlandia Donegal

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pamiętam jakby to było wczoraj. Po ośmiu miesiącach dołączyliśmy do męża, miałam ze sobą nie tylko swoje niepokoje, ale dwójkę dzieci - pięcio- i dwunastoletnie - przed nimi trzeba było chojraka grać, chociaż i tak prawie pół pierwszego roku przepłakałam, nocami, kiedy nikt nie widział. Lubiłam swoje życie w Polsce, mąż chciał przygody, czegoś innego w życiu, głębszego oddechu, wolności, a jak, jak to zodiakalna Panna - nie bardzo lubiłam zmiany, przy jednoczesnej wielkiej ciekawości tychże. Pierwszy rok mąż miał optymizmu za nas dwoje, aż pewnego słonecznego dnia stanęłam w oknie i powiedziałam sobie - weź się w garść kobieto, przestań desperować, odwróć się od ściany i zobacz, jaki piękny świat cię otacza. I jakie masz miłe i spokojne życie bez trosk. Tego dnia skończyła się batalia o utrzymanie starego status quo, a zaczęło nowe życie.

Pierwsze dni były trudne, musiałam przyzwyczaić się do irlandzkiego akcentu, w Donegalu mówią szczególnie szybko, a do tego atakowały mnie obce, nieznane dotąd zapachy, które mnie czasem zwalały z nóg. Nie wiem, czy to oceaniczne powietrze tak je potęgowało, czy w tych pierwszych tygodniach ze stresu miałam wyostrzone zmysły, ale zapach oleju z tych wszystkich 'frytkarni' w mieście, glonów w zatoce, krzaków w ogrodach wzdłuż chodnika, wszystkie one aż mnie 'bolały' w głowie. Po jakimś czasie przestałam je zauważać, a teraz, po długiej nieobecności, wciągam głęboko, teraz już miły, zapach słonej wody i glonów i myślę - jestem w domu.

Ale najważniejsze wrażenie to było wielkie zadziwienie, jak mili, uśmiechnięci, uczynni i ciekawi nas, nowych, są mieszkańcy miasteczka. Kto mógł pomagał, a to dzieci urządzić w nowej szkole, a to zakupy zrobić, bo samochodu na początku nie mieliśmy, w banku konto założyć, sama pani z okienka ze skóry wychodziła, żeby to ułatwić. Jeszcze długo odwracałam się za siebie sprawdzić, czy to na pewno dla mnie te szerokie uśmiechy i postawa otwarta i przyjazna.

Irlandia Donegal


Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Irlandię?

Dziesięć lat minęło, córka właśnie skończyła studia, syn zdał małą maturę, przeszliśmy długą drogę, ale mogę powiedzieć zdecydowanie, że jesteśmy tu szczęśliwi. Oczywiście pogoda mogłaby być lepsza, ośrodek kulturalny większy, bo do teatru, filharmonii, do kina nawet, wszędzie muszę dojeżdżać, ale za to jakie święto, kiedy się już wybiorę. Kocham moje pustkowia, spacery po plaży z psem, wszystkie te filmowe wręcz plenery i nawet prowincjonalność mojego życia. Dzięki internetowi mam dostęp do wielu rzeczy prawie taki, jak ludzie z dużych miast, za to czasu na życie i przyjemności więcej.

Kiedyś córka namalowała pastelami obrazek na plaży, woda, wystające skały, plaża z niewielkim klifem i domek. Z tyłu napisała, że życzy nam, żebyśmy kiedyś mieli taki domek właśnie. Obrazek wisiał u nas na ścianie wiele lat, ale dopiero, kiedy zbiła się szybka i mąż oprawiał w nową ramkę, znalazłam tę dedykację. Wzruszyłam się, bo po latach mamy swój wymarzony domek (cottage) z kwiatami w oknach, przytulną kuchnią pachnącą ciastem i miłymi sąsiadami. Nawet nie śmiałam o tym kiedyś marzyć, córka afirmowała za nas. Swoją drogą, to niezła metoda.

Pies Franek

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Wszystko było zdziwieniem, bo chociaż to też Europa, a jednak miejsce inne bardzo. Wiem, że większego szoku kulturowego spodziewać się można po Chinach, Indiach czy Tobago, ale przeszłam już jeden szok przeprowadziwszy się z północy Polski na wschód i wiem, że zaskoczyć może nas nawet taka zmiana. Życie w obcym kraju, szczególnie przy zmianie z kontynentu na wyspę, uważam za fascynujące i bardzo ciekawe. Byle by człowiek chciał wgłębić się w specyfikę nowej ziemi, zechciał poznać i zrozumieć ludzi, wtedy życie jest nie tylko ciekawsze, głębsze i oferuje więcej, ale i bardzo radosne. Wiadomo, poznać, znaczy zrozumieć, a zrozumieć, znaczy zaakceptować, akceptacja natomiast niesie za sobą szczęście.
Wpadek językowych kilka było, na samym początku - pomyliłam kiedyś słowo 'spódnica' z 'koszula' i poprosiłam o wyprasowanie spódnicy pilota ('skirt' zamiast 'shirt'). Albo o zmianę 'shits' w pokoju numer jakiś tam zamiast 'sheets' (tutaj wymowa miała znaczenie) i tak, okazało się, że chciałam zmiany 'gówna' zamiast prześcieradeł. Ale najgorzej mi było przywyknąć do 'a wake'-ów, czyli czuwania przy zmarłym, obowiązkowej wizyty w domu, u rodziny, gdzie ktoś zmarł i teraz leży w trumnie, a całe miasteczko składa ostatnie ukłony. Siedzenie przy trumnie, dwadzieścia centymetrów obok nieboszczyka, popijanie herbaty i zajadanie ciasteczek, rozmowa o pogodzie i planach na wakacje były dla mnie totalnym szokiem. Ale jak do wszystkiego w życiu, i do tego się przyzwyczaiłam i robię to teraz bez mrugnięcia okiem.


 I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Irlandii które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je wymienić?

Proszę bardzo, o tym mogę bez końca:

1. Frank McCourt 'Popiół i żar' (oryg. Angela's Ashes) oraz druga część 'I rzeczywiscie', bolesny obraz Irlandii lat pięćdziesiątych, bardzo ważna powieść dla zrozumienia ludzi i samej Irlandii. Również wspaniały film.

2. Pete McCarthy 'Bar McCarthy'ego' -non fiction, bardzo dowcipna, ta z kolei jest pomocna w zrozumieniu tego kraju teraz.

3. Brian Friel, znakomity dramaturg (pomieszkuje czasem w Donegalu), napisał przejmującą sztukę, zawsze przypomina mi ona styl Czechowa, mimo, że akcja osadzona w Glenties, niedaleko mojego miasteczka - 'Dancing at Lughnasa'. Jeśli będziecie mieli okazję ją zobaczyć na deskach teatru, zachęcam, a jeśli nie, znakomity film z Meryl Streep jest wydany na DVD. Kocham tę sztukę i tak jak 'Trzy siostry', czy 'Wiśniowy' sad Czechowa, oglądam za każdym razem, kiedy mam okazję, a i film stoi u mnie na półce i go co jakiś czas włączam.

4. Deirdre Purcel pisze niezwykle klimatyczne powieści osadzone w Irlandii, a najsłynniejszą z nich jest chyba 'Falling for a dancer' - 'Wszystko przez tancerza'. Niech Was nie zmyli dziadowska okładka polskiego wydania, to naprawdę dobra pisarka i dobra powieść. Również nakręcono na jej podstawie film z Colinem Farrellem w jednej z ról. Ja widziałam najpierw mini serial i zakochałam się w filmach i książkach traktujących o tamtych czasach na Wyspie.

5. Innymi bardzo cenionymi przeze mnie pisarzami irlandzkimi są: Emma Donoghue (ta od 'Pokoju'), Sebastian Barry i Colm Toibin. Cokolwiek nie napiszą, jest po prostu dobre.

6. Z lżejszych powieści, guilty pleasure - polecam Maeve Binchy, wiele również zekranizowanych, jak 'Tara Road' czy W kręgu przyjaciół oraz nietłumaczoną na język polski Patricię Scanlan.

7. Jeśli coś o historii, to może przejmujący i dramatyczny film o walce o niepodległość i o tym jak powstała IRA - 'The Wind that Shakes the Barley' - 'Wiatr buszujący w jęczmieniu' (Złota Palma w Canne w 2006 roku). Powiem tak, wszystko możecie zlekceważyć, co ja tu polecam, ale chociaż ten obejrzyjcie. Jest świetny.

8. Komedia 'The Closer You Get' była nakręcona we wsi obok, ale i w moim miasteczku. To film twórców 'Goło i wesoło', równie dobry, równie śmieszny.

9. Zanim przyjechałam do Doneglu, jeszcze w Polsce obejrzałam komedię 'Swaty', która dzieje się podczas festiwalu swatów (Irlandczycy uwielbiają festiwale). Bardzo prawdziwy, bardzo śmieszny. Trudno mi było uwierzyć w niektóre rzeczy tam pokazane, ale okazały się moją rzeczywistością i teraz śmieję się z tych, którzy mówią - nie wierzę!

10. A z najnowszych ciekawych produkcji film policyjny 'The Guard', prawdziwy, zabawny, smutny, jak wszystko tutaj. A niedawno zaczęłam oglądać serial, podobno krótki, 'Sprawy Jacka Tylora' i bardzo mi się spodobał.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



niedziela, 05 sierpnia 2012

Marta zaskakuje podwójnie: swojego bloga Stuffed mice prowadzi w dwóch językach, a jego podtytuł "About my travels, food and drink" daje tylko namiastkę jego zawartości. W Stuffed mice pysznią się znakomite zdjęcia, nie wspominając o Marty kaligraficznych projektach. Na co dzień mieszkanka Londynu zafudnowała sobie w tym roku wymarzony pobyt w Buenos Aires. Zapraszam dziś na historię Marty o jej argentyńskiej przeprowadzce.

Jak to się stało, że znalazłaś w Argentynie? Dlaczego akurat tam?

Razem z moim partnerem, Karolem, odwiedziliśmy Argentynę sześć lat temu. To była jedynie miesięczna wyprawa. W Buenos Aires spędziliśmy wtedy kilka dni, głównie biegając z miejsca w miejsce. Wróciliśmy do Anglii i marzyliśmy o zamieszkaniu w stolicy Argentyny. Sama nie wiem dlaczego. Intuicyjnie przeczuwaliśmy chyba, że będzie nam tam dobrze. Mówiliśmy o tym tak długo, że w końcu sami siebie nie mogliśmy już słuchać. Karol wynegocjował trzy miesiące pracy na odległość, ja wzięłam wolne. Wynajęliśmy nasze mieszkanie i fruu! Nareszcie byliśmy w Buenos Aires na dłużej.


Buenos Aires, zdjęcia StuffedmiceSpacer po dzielnicy San Telmo

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Spacer po dzielnicy San Telmo

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Jasne! Pamiętam pierwsze momenty! Była połowa stycznia, z głośników w samolocie wylewały się dźwięki "Volare", za oknami nagrzane słońcem lotnisko. Poczułam natychmiastowe odprężenie. To uczucie zupełnego relaksu towarzyszyło mi przez większość czasu mieszkania w Buenos. I naprawdę niewiele to miało wspólnego z brakiem obowiązków. Jak dla mnie, to był po prostu styl tego miasta.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Blisko lądowania, niedługo włączą "Volare"

Jak Ci się tam mieszkało? Jak traktowałaś miasto i sam kraj?

Od początku wiedziałam, że nie chcę wychylać nosa poza stolicę Argentyny. Poza tym, razem z Karolem, zorganizowaliśmy sobie "zajęcia dodatkowe". W moim przypadku - naukę kaligrafii. Wszystkie tygodnie wypełnione były lekcjami, projektowaniem i ćwiczeniami. To w bardzo dużej mierze wyznaczyło rytm moich dni.

Trzy miesiące w Buenos Aires to zdecydowanie za krótko. Trudno było nie traktować tego czasu jako przerwy, a miasta jak nieba na ziemi. Z niskimi cenami usług, na przykład, było to bardzo łatwe. Nagle okazało się, że tak jak tutejszej klasie średniej, zwyczajnie nie opłaca mi się gotować, sprzątać czy nie łapać wieczorem taksówki, by bezpiecznie i szybko wrócić do domu. Ale nawet bez grosza w kieszeni, wystarczyło spojrzeć w bezchmurne niebo, by poczuć się przez to miejsce rozpieszczaną.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice
Błękitne niebo nad Buenos Aires za dnia. Wieczorami wykorzystuje się je do odtańcowania tanga w milondze na świeżym powietrzu.

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Buenos, ze względu na powojenną imigrację, jest w gruncie rzeczy bardzo europejskie. Pewnie dlatego łatwo ominąć atrakcję, jaką dla wielu osób zapewne jest szok kulturowy.

Co fascynuje mnie w Ameryce Południowej i Centralnej w ogóle, to zróżnicowanie i bogactwo języka hiszpańskiego. Siedzieliśmy kiedyś na zajęciach. Dziewczyny z Argentyny, Kolumbii i chłopak z Peru. Próbowaliśmy ustalić oficjalną nazwę plastikowej słomki. Okazało się, że niektórzy znają nazwy "krajowe", a tej ogólnie przyjętej w hiszpańskim - nie. Ta swojskość języka objawia się również zaskakująco niskim stopniem amerykanizacji w mowie potocznej. W Argentynie ani razu nie usłyszałam "OK". Wszyscy mówią za to "Bueno".

Moje największe zdziwienie dotyczyło braku pośpiechu, podejścia do czasu. W metrze byłam jedyną osobą, której gdziekolwiek się śpieszyło. Każde moje zajęcia z kaligrafii rozpoczynały się pogaduszkami przy herbacie. Początkowo wydawało mi się to obrzydliwą stratą czasu. Później polubiłam te, w gruncie rzeczy, bardzo ludzkie zachowania. Inny ludzki nawyk, który bardzo chętnie zapakowałabym do walizek i wysłała w świat, to argentyńska ciekawość. Ludzie w tym mieście rozmawiają, opowiadają, mówią, gadają. Gdziekolwiek i z kimkolwiek. Kawiarnie otwarte są do późna. Umawianie się na kawę  to w żadnym wypadku weekendowe czy krótkie spotkanie.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie kontrastowość Buenos. Spacerujesz i natrafiasz na przykład na taki widok. Piękni, młodzi ludzie sączą swoje mrożone napoje w amerykańskiej sieciówce. Przed wejściem, rodzina cartoneros - ludzi zarabiających na życie zbieraniem śmieci -  po pas zanurzona w kuble, szuka co wartościowszych odpadów. Idziesz na poranny spacer po dzielnicy willowej i mijasz dzieciaki wąchające klej przed czyjąś furtką. Bieda i bogactwo w Buenos mieszają się nieustannie.

Do rozczarowań najprędzej zaliczyłabym kawę. W większości miejsc serwuje się wersję torrado. Oznacza to tyle, że w procesie palenia dodano do niej cukier. Dla kogoś, kto nie słodzi kawy, to zwyczajne świętokradztwo.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice
Linia A, najstarsza część argentyńskiego metra, czyli projekt sprzyjający ciekawości.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

 18 ton aluminium i stali nierdzewnej przekształcone w kwiat-instalację. 

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Jeden z licznych cartoneros, delektujący się siestą

I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Argentynie  które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Nie będę oryginalna. Polecę cokolwiek Borgesa i Cortazara - nie znam nikogo, kogo nie zdołaliby uwieść słowami.


Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Kawiarnie w księgarni


Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice Księgarnie w byłym teatrze. Byleby kawa bez cukru ;))

Zdjecia i podpisy: Marta aka Stuffed mice


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 02 sierpnia 2012

Laura aka LilithinPraktyki studenckie mogą być wyzwaniem. Zdecydowanie takie zaplanowała sobie Laura aka Lilithin, autorka Czytatnika - bloga z pewnością znanego Wam z frapujących recenzji książek. Lilithin rzuciła rękawicę Indiom, a dokładnie ich północnemu miastu Czandigarh, które, jak za chwilę się przekonacie, nie jest specjalnie przyjaznym miejscem do mieszkania. Z Laurą rozmawiałam już po jej powrocie do Polski (niekoniecznie jednak na stałe, bo autorka Czytatnika rozważa ponowną przeprowadzkę na subkontynent za rok). "Nienawidzę Indii i uwielbiam Indie. Nie na zmianę, lecz równocześnie. Ten uwodzicielski, irytujący kraj uczy, że można pomyśleć dwie sprzecznie myśli na raz – i co najważniejsze – nie eksploduje przy tym głowa" - to cytat z "Geografii szczęścia" Erika Weinera, pod którym Laura przyznaje, że może się podpisać.

W piątej odsłonie tyglowego cyklu zapraszam na historię indyjskiej przeprowadzki nieustraszonej Laury.

Jak to się stało, że znalazłaś w Czandigarze? Dlaczego akurat tam?

Tak naprawdę Czandigarh był wyborem przypadkowym. Przede wszystkim chciałam znaleźć się w Indiach, marzyłam o odwiedzeniu tego kraju od dawna, ale jednocześnie chciałam stać się jego częścią, uczestniczyć w codziennym życiu, a nie przemieszczać się z hotelu do hotelu. Kiedy na uczelni zobaczyłam plakat organizacji studenckiej AIESEC reklamujący praktyki na całym świecie - nie wahałam się ani chwili i aplikowałam. Chciałam jechać do Indii na dłużej, praktyki krótsze niż rok mnie nie interesowały. Znalazłam takie w Delhi, Chennai i Hyderabadzie. Przedstawicielka z AIESEC-u w Delhi ostrzegła mnie jednak, że proponowana przez szkołę wypłata jest bardzo niska, więc zrezygnowałam. Rzekomy Chennai okazał się jakąś wioską 150km poza miastem, a Hyderabad odradzono mi ze względu na napięcia między muzułmanami a hinduistami (w Hyderabadzie mniejszość muzułmańska stanowi ponad 40% wszystkich mieszkańców). W ten sposób wylądowałam w szkole w Czandigarh.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Na początku indyjska pogoda mocno dawała mi się we znaki. Przyjechałam w lipcu, w trakcie monsunu. Było bardzo gorąco, a do tego panowała niesamowita wilgotność powietrza uniemożliwiająca jakiekolwiek działanie.

Przez pierwszych kilka dni przejażdżka motorikszą była dla mnie całkowitą zagadką i źródłem wielkiego stresu. Nie wiedziałam jak 'łapać' rikszę ani jakie powinny być stawki. Na szczęście koleżanka z Kolumbii okazała się być świetną nauczycielką w tej kwestii i pokazała mi bezwzględność, z jaką należy traktować kierowców ;-)

Chyba wszystkie indyjskie miasta są mało przyjazne dla spacerowiczów, a ja oswajam się z nową okolicą zawsze na piechotę. Na początku trudno było mi się przyzwyczaić do braku chodników, cichych uliczek, ukrytych sklepików i ciągłej zależności od innych środków transportu.

Laura w Czandigarze

Laura z uczniami


Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto/kraj?

Już tam nie mieszkam, miesiąc temu wróciłam do Polski.

Nie zapałałam miłością do Czandigaru. Miasto nie ma nic do zaoferowania swoim mieszkańcom. Już nawet nie mówię o imprezach kulturalnych, festiwalach czy koncertach, ale tam po prostu nie ma gdzie pójść. Owszem można zjeść, napić się kawy, zrobić zakupy. Ale brak tam przestrzeni miejskiej, która nie byłaby związana z jakimś praktycznym celem. Owszem, w każdej dzielnicy są tzw. parki, które mi się bardziej kojarzą z więziennymi spacerniakami. Owe prostokątne parki obfitują w ławki i trawę, a stojąc na jednym jego końcu można zobaczyć wejście z drugiej strony. Rano i wieczorem do parków wychodzą ludzie - żwawym krokiem robią kilka okrążeń po ścieżce, wszyscy zgodnie poruszają się w jedną stronę, nikt nie idzie pod prąd, nikt nie przechadza się bez celu leniwym krokiem dla idei samego przechadzania się. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego w tym mieście drzewa rosną tylko przy drogach. Nigdy w parkach czy na osiedlach. Nie chciałabym w Chandigarh mieszkać drugi raz, ale kto wie, co przyszłość przyniesie.

Życie w Indiach ma jednak swój urok. Nikt się tam nie spieszy, nie pędzi do nie wiadomo czego. Mniej ironii i cynizmu. Wydaje mi się, że ludzie bardziej zauważają drugiego człowieka i zwracają uwagę na to, co tkwi w jego wnętrzu, a nie na to gdzie pracuje i czy wziął już kredyt mieszkaniowy.


Uczniowie Laury

Uczniowie Laury


Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Największym zdziwieniem było to, jak bardzo podzielone jest społeczeństwo indyjskie. Niby człowiek o tym wie, niby czytał, ale wciąż szokiem dla mnie jest, że dzieci nie mówiły "dzień dobry" kierowcy autobusu szkolnego. W końcu to tylko kierowca, niemal służący. Takich przykładów mogłabym podać jeszcze wiele.

Nie wiem, czy poniższą historię można nazwać wpadką kulturalną, ale na pewno zalicza się do moich szoków ;) Kiedyś zabrakło mi krzeseł w klasie, więc zeszłam na dół, aby przynieść dwa ze stołówki. Chwyciłam po jednym w każdą rękę i skierowałam się na schody. Nagle podbiega do mnie Rajkumar, który był kimś w rodzaju szefa pań pracujących w kuchni i przy sprzątaniu i coś próbuje mi powiedzieć. Myślałam, że muszę oddać krzesła na stołówkę, ale okazało się, że to nie ja mam je nosić. Rajkumar zawołał panią w wieku mojej mamy albo i starszą i to ona miała zanieść krzesła do mojej klasy. Pani ta wzięła jedno krzesło i noga za nogą powłóczy po schodach. Ja bez problemu wzięłabym oba i głupio mi było bezczynnie stać, więc wzięłam drugie krzesło. Nie przeszłam nawet jednego schodka, bo zarówno Rajkumar jak i pani sprątaczka zaczęli z wielką energią mówić i gestykulować, żebym je odstawiła na podłogę. Wniosek? Każdy w Indiach ma określone miejsce i należy się go trzymać.

Z bardziej przyziemnych spraw zaskoczyła mnie kuchnia - nie taka znowu ostra. Myślałam, że każdy posiłek będzie się wiązał na początku z uczuciem wypalania gardła ostrymi przyprawami, ale nic takiego nie miało miejsca. W restauracji usłyszałam od jednego znajomego: "she can handle spicy", co sobie poczytuję za wielki komplement.


I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Indiach, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Wciąż odkrywam książki o Indiach, więc na razie mogę polecić tylko 3 tytuły.

1. "Bombaj. Maximum City" Suketu Mehty to jedyny z 3 polecanych przeze mnie tytułów, który został wydany w Polsce. Pozycja non-fiction, którą czyta się jak najlepszą powieść. Byłam zachwycona!

2. "May You Be a Mother of a Thousand Sons" Elisabeth Bumiller to zbiór reportaży o indyjskich kobietach. Napisane  z dużym wyczuciem, zrozumieniem i szacunkiem.

3. Powieść Dipiki Rai "Someone Else's Garden" w realistyczny sposób ukazuje życie ubogiej Mamty i jej walkę, aby ten los odmienić .


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



wtorek, 24 lipca 2012

Jej przeprowadzka to: 4,9 tys. kilometrów na wschód od Warszawy i 3 strefy czasowe. Nie w liczbach jednak można mierzyć wielkość i ciężar zmiany miejsca, na którą zdecydowała się Asia Kusy. Jej przenosiny do kraju kulturowo, obyczajowo, religijnie i językowo zupełnie odmiennego wymagały z pewnością nieprzeciętnej odwagi a przyzwyczajenie się do mieszkania w nowym domu - sporego wysiłku. Podziwiam Asię za to, jak świetnie sobie z tym poradziła i cieszę się, że mając teraz własną rodzinę w Karaczi i miliony obowiązków, jest ona wciąż w stanie pisać swój świetny blog "Zwyczajne pakistańskie życie" (jak dla mnie wcale nie takie zwyczajne, jak tytuł pozornie wskazuje!). Dziś zapraszam na fascynującą opowieść Asi Kusy o przenosinach z Warszawy do Karaczi.

Jak to się stało, że znalazłaś w Karaczi? Dlaczego akurat tam?

W Karaczi mieszka mój mąż i większa część jego rodziny. Decyzja o przeprowadzce nie była dla mnie łatwa. Najpierw pojechałam "na rekonesans" - w gości, przekonać się, czy poradzę sobie fizycznie i psychicznie w tak nowych warunkach.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

2 listopada, Zaduszki, Gora Qabristan (dosłownie, Biały Cmentarz, chrześcijański cmentarz w Karaczi) -  dziewczyny w burkach nie są chrześcijankami, odwiedzały cmentarz razem z rodziną albo znajomymi.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Nigdy nie zapomnę pierwszej podróży do Karaczi. To była też moja pierwsza podróż do Azji. Leciałam sama, nie turystycznie, nie naukowo, ale z perspektywą zamieszkania. Zdumiało mnie, jak bardzo taka perspektywa się różni od tych, z którymi podróżowałam wcześniej.

"Orient" zaczął się już podczas oczekiwania na samolot do Karaczi w Stambule. Nagle zaczęłam się czuć inna. Biała. W dżinsach (tak trafiłam, teraz już coraz więcej dziewczyn nosi dżinsy). Wszyscy na mnie patrzyli. Nie wiedziałam, że tu panuje niepisana zasada podziału płci. W poczekalni usiadłam tam, gdzie siadali mężczyźni. Nikt mi nie zwrócił uwagi, ale spojrzenia wystarczyły, żeby się zorientować, że coś jest nie tak. 

W samolocie spotkałam Włocha, który leciał do Karaczi na 4 dni, bywał tu już wcześniej i mówił, że już by chciał wracać. Powtarzał: "To zupełnie inny świat! Przemyśl milion razy, zanim się zdecydujesz!!!" 

Pamiętam wrażenie, jakie zrobiło na mnie powietrze Karaczi: duszne, parne, wilgotne i przesiąknięte dziwnym zapachem. Niezbyt miłym.

Gdy jechaliśmy z lotniska do domu, miasto wydało mi się potwornie brzydkie, brudne, pełne jakichś baraków i niedokończonych budowli. I palm. Te palmy, które kojarzyły mi się wcześniej z wakacjami, piaszczystą plażą, niebieskim morzem i folderkową egzotyką, dodawały temu krajobrazowi ironii.

Dotarliśmy na miejsce i drzwi otworzyła nam kobieta w sari, złotych bransoletkach na ramionach, w uszach miała ciężkie kolczyki, w nosie diamencik - i podała mi szklankę soku z mango. To była moja teściowa. A potem wyszedł teść, w koszuli i lungi (długiej spódnicy). I dzieci. Dziewczynka nałożyła mi na głowę dupattę.

Byłam pewna, że tu nie przetrwam. Różnic jest za dużo, wydawało mi się, że w pewnym momencie pęknę, nie będę w stanie ich wchłonąć. Nic tu nie było "moje". W ciągu dnia przekonałam się, że jest bardzo gorąco i wilgotno, że nie ma mowy o odzieżowych kompromisach i muszę założyć piżamę :-) (czyli szalwar kamiz), że wszyscy spodziewają się, że będę nosiła dupattę - to była dla mnie duża trudność. Że miasto jest głośne, ruch uliczny - niepodobny do niczego w Europie. I jest niewyobrażalnie brudno, ulice są pełne śmieci, kurzu i smrodu, domy - karaluchów i mrówek. Wiatraki szumią, generatory warczą. Nie można zostawić na stole kartki, bo sfrunie. Bardzo raziły mnie też gęste kraty w oknach i na balkonach. Jedzenie było za ostre i za tłuste, niektóre smaki dziwaczne, kawa za słaba. Miałam też głowę pełną rad lekarza medycyny tropikalnej z Warszawy - że jogurt, warzywa, owoce, woda, lody i w ogóle jedzenie może być pełne jakichś złowrogich mikrobów, a komary przenoszą malarię i dengi. I najlepiej byłoby wszystko odkażać jodyną.

Nie umiałam jeść palcami. Raziło mnie wiele obyczajów. Denerwowało, że nawet w domu panuje ostry dress code. Przerażało, że podczas meczów krykieta kobice strzelają w niebo z kałasznikowów i pistoletów (i tak wyrażają swoją radość).

Z drugiej strony, był to fascynujący, kolorowy, malowniczy świat. Oszałamiający. Czułam się szczęśliwa, że mam okazję tego wszystkiego doświadczyć, zobaczyć, wejść tak blisko w zupełnie inną rzeczywistość. Ale - właśnie. Podróż do Pakistanu to wspaniałe doświadczenie i cudowna przygoda, ale codzienność składa się nie tylko z tego.

Po powrocie do Polski nie byłam pewna, czy temu podołam. Długo się wahałam.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Pod moim domem

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Też pod moim domem

Jak Ci się teraz mieszka w Karaczi w ogóle? Jak traktujesz miasto/kraj?

Miasto jest fascynujące i niezwykłe. Teraz bardzo je lubię. Ma olbrzymią energię. Warto pamiętać, że w 1944 roku mieszkało tu prawie 400 tys. ludzi, a teraz - ponad 18 milionów! Pod pokładami brzydoty i kurzu można znaleźć prawdziwe perły. Mój mąż mówi, że w Karaczi co 4 kilometry wchodzisz do innego świata. Nigdy tych kilometrów nie liczyłam, ale różnorodność i bogactwo stylów życia wciąż mnie zdumiewa.

Ludzie często wykonują tu różne prace na ulicach. Na przykład, gotują i pieką, szyją, coś naprawiają. Można patrzeć godzinami. Karaczi przypomina mi palimpsest. Uwielbiam szukać śladów starego Karaczi, jeździć po różnych dzielnicach zamieszkanych przez mniejszości, tzw. koloniach albo basti - chrześcijańskich, hinduskich, bohri, szukać pamiątek żydowskich czy zoroastriańskich. Mam wielkie szczęście, że mogę uczestniczyć w życiu bardzo różnych środowisk. Czuję się tu bardzo "etnograficznie", na skrzyżowaniu wielu dróg.

Mieszkam w dzielnicy oddalonej od centrum, gdzie rzadko spotyka się cudzoziemca. Czasem życie tu jest uciążliwe. Mamy problemy z wywozem śmieci. Kilka godzin dziennie nie ma prądu. Zdarzają się strzelaniny, palenie autobusów i sklepów. Często miasto "strajkuje" z różnych powodów, zamknięte są sklepy, stacje benzynowe, urzędy. Spotykam też na co dzień sytuacje, z którymi nie zetknęłam się nigdy w Europie. Trudno mi poradzić sobie psychicznie z ogromem ludzkiej nędzy. Ale nie chciałabym stąd wyjeżdżać. Gdy po jakimś wyjeździe wracam do Karaczi, to czuję, że jestem w domu - coraz bardziej - i bardzo się cieszę.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Mój synek Michał podpełzł do rodziny afgańskiej, która jadła obiad w pewne sobotnie popołudnie w parku Pakistańskich Sił Powietrznych (Air Force Park). Zaprosili nas potem na mantu i kabuli pulao :) 

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Zdziwienia... z tych "pierwszych" zdziwień:

  • że pytania o religię, liczbę dzieci, poród, relacje małżeńskie, należą do pytań zadawanych nieznajomym
  • że islam i muzułmanie są tak różnorodni 
  • że można tu kupić nie tylko alkohol, ale płyty z muzyką Izraela 
  • że tylu ludzi zna tutaj Lecha Wałęsę, poznałam wielu, którzy kiedyś zapuszczali wąsy, żeby wyglądać tak jak on! 
  • że z zasłoniętą twarzą czuję się na ulicy swobodniej niż, gdy się nie przykrywam

Wciąż coś mnie tu dziwi.

Odkrycia...

  • Azja Południowa, Pakistan, Sindh i Karaczi ;) zanim tu przyjechałam, nigdy specjalnie mnie te strony nie pociągały i nie wiedziałam o tym rejonie praktycznie nic, oprócz "etykietek", które mu się stereotypowo przykleja (dziki, kolorowy, pełen kontrastów, brudny,  niebezpieczny, itd.)
  • że Pakistan znany jest na Zachodzie głównie z rejonów północnych, z kultury Pendżabu, trochę - Paszto i Kaszmiru, a "nasza" prowincja Sindh znacznie się od nich różni. Odkrywam też powoli świat przybyszów z dawnych Indii  - mohajir: biharis, dilliwallay, hyderabadi, luknawis, Goańczyków.
  • uliczna kuchnia Karaczi: gola ganda (kruszony lód z syropami), bun kabab (bułka z kotletem, ale całkiem inna niż hamburger!), lody peszawari, dudh ki bottal (parowane mleko przyprawione migdałami i kardamonem, podawane w szklanych butelkach po coli, ze słomką), czhole czaaty, wspaniałe parathy, kababy chapli, sajji (sadźi) - koza pieczona na ogniu i wspaniałe ryby, szczególnie pomfret i muszka.
  • rozmaitość pięknych ciuchów
  • zróżnicowanie chrześcijaństwa
  • pisarze - Attiya Dawood, Saadat Hasan Manto (nie związany z Karaczi, ale tu się o nim dowiedziałam)


Rozczarowania...

  • że chociaż mieszkam tu już dość długo, wciąż nie mogę się swobodnie samodzielnie poruszać po Karaczi. Naprawdę nie da się tutaj włóczyć samotnie po mieście, chyba, że po niektórych osiedlach.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Plaża (Seaside), jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Karaczi, właściwie każdy, kto tu przyjeżdża, jedzie w końcu na plażę, często też wsiada na ozdobionego wielbłąda albo na konia i zaznaje egzotyki ;) Karachiwale też bardzo to miejsce lubią. Wieczorami w weekendy przyjeżdżają tu tłumy z całego miasta. Bardzo podobała mi się ta para, szli, trzymali się za ręce, byli tacy w siebie wpatrzeni :) To było niedzielne grudniowe przedpołudnie, plaża jeszcze prawie pusta. Pani podwijała spodnie, potem coś im upadło, może pierścionek albo klucz? i razem tego szukali. 



I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Karaczi które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Zdecydowanie odkrycie ostatnich dni: "Karachiwala. The Subcontinent within a city." Rumany Husain i "Look on the City from here, Karachi writings." - zbiór opowiadań i poezji o Karaczi (pod redakcją Asifa Farrukhiego).

Duże wrażenie przed przyjazdem do Karaczi zrobił na mnie tekst Tiziana Terzaniego ze zbioru "W Azji".  Zdecydowanie nie zachęcał do przyjazdu tutaj, raczej budził grozę. Terzani pisze o czterech wojnach, które wstrząsają co jakiś czas życiem miasta. "Karaczi jest miastem strachu - miastem, w którym trudno sobie wyobrazić życie bez lęku" - napisał. Ale to tylko część prawdy o tutejszej rzeczywistości.

O Karaczi sporo pisze Kamila Shamsie ("Kartografia", "Sól i Szafran").

 

(Fotografie i ich opisy: Asia Kusy)


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

poniedziałek, 16 lipca 2012

Kamila SławińskaZaczęło się od bloga, który prowadzi pod pseudonimem Big Apple. "Nowojorskie gadanie" jest tak rewelacyjnym zapisem odkrywania Miasta, które nie śpi, że po prostu musiała z tego powstać książka. I chwała Panu, że powstała! "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" był moją lekturą obowiązkową przed wyjazdem do Stolicy Świata i dziękuję Kamili za to, że chodząc po szerokich płytach nowojorskich chodników i wpadając w absolutną euforię, mogłam być pewna, że nie zwariowałam a takie skrajne stany emocji w mieście są absolutnie normalne.

Dziś o swojej wielkiej przeprowadzce opowiada dobrze Wam znana Kamila Sławińska. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Nowym Jorku?

Historia jest dość nieprawdopodobna, jak wiele historii prawdziwych. W 1998 roku, kiedy jeszcze internet był młody, w większości niekomercyjny i nikt nie słyszał jeszcze o serwisach społecznościowych, uczestniczyłam w dyskusjach na usenetowej grupie poświęconej filmowi. Tam wdałam się najpierw w sprzeczkę, a potem długą, zabawną i zajmującą rozmowę z pewnym osobnikiem. Półtora roku i cztery tysiące wymienionych listów, później spotkaliśmy się na lotnisku JFK - bo tak się złożyło, ze mój korespondent okazał się mieszkać w Nowym Jorku, a ja bardzo szybko odkryłam, że przez całe życie nie spotkałam osoby, z którą rozumiałabym się tak dobrze. Przyjechałam do niego, nie do miasta i nie do Ameryki: miałam jedną walizkę, wizę turystyczną, bilet w dwie strony i zerowe pojęcie o tym, w co się pakuję. Do momentu tego pierwszego spotkania nie wiedziałam nawet, jak ten mój zamorski książę z bajki wygląda, bo nigdy nie przyszło mi do głowy poprosić go o zdjęcie: uzgodniłam zresztą z samą sobą, że nawet, jeśli ma dwie głowy, będę kochała je obie.  Okazało się, że ma jedną głowę, całkiem niczego sobie, i najpiękniejszy uśmiech na całym lotnisku. Od dwunastu lat jesteśmy małżeństwem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam! To była bardzo ważna i niezapomniana życiowa lekcja, choć dopiero z perspektywy tylu lat jestem w stanie to docenić. Byłam zachwycona moim przyszłym mężem, zakochana w nim po uszy - ale przerażona całą resztą. Jak wiele osób, które nigdy wcześniej nie mieszkały w innym kraju, byłam w porażającym szoku kulturowym: wszystko było onieśmielające, inne, obce. Zaczynając od architektury, wielokulturowości i ulicznych obyczajów, a kończąc na jedzeniu, które wszędzie smakowało jak kreda. Uzbrojona w jakże żałosne z mojego dzisiejszego punktu widzenia przeświadczenie, że jako Europejka reprezentuję daleko doskonalszą od amerykańskiej kulturę, miotałam się przez kilka miesięcy we frustracji i złości, szarpiąc się między nieuzasadnionym poczuciem wyższości a poczuciem krzywdy, że nie dostaję z miejsca i na srebrnej tacy wszystkiego, co - jak byłam przekonana - po prostu mi się należy. Nawet samo miasto bardziej mnie przytłaczało niż fascynowało; zresztą Nowy Jork potrafi być najokrutniejszym miejscem na świecie, kiedy się nie ma pieniędzy. Pierwsze tygodnie to był zimny listopad, niezrozumiałe nowe święta, proszenie ludzi o powtarzanie po pięć razy zdań w języku, który jak mi się wydawało znałam. Minęły długie miesiące, zanim zaczęłam dostrzegać różne, magiczne drobiazgi, które dzisiaj są dla mnie esencją życia tutaj. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale może właśnie dlatego, że narodziła się w bólach i zahartowała w ogniu wielu walk, rozczarowań i upokorzeń, trwa do dzisiaj.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Nowy Jork i Stany Zjednoczone?

Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej. To miasto - z jego niezmierną różnorodnością i niespożytą energią - uczyniło tym, kim dzisiaj jestem i nauczyło mnie rzeczy, które uważam za najważniejsze. Szacunku do profesjonalizmu, do pracy i czasu bliźnich. Respektu i pokory w kontaktach z innymi ludźmi, skądkolwiek i kimkolwiek by nie byli, i umiejętności nieustannego uczenia się od nich. Wiary w to, że pasją i pracą można wiele osiągnąć, bez względu na to, skąd człowiek przychodzi i w jakim momencie życia ową pasję odnajduje. Nowy Jork ma tę magiczną właściwość, że przy odrobinie uważności każdego dnia można w nim napotkać coś absolutnie nowego, niezwykłego, nieoczekiwanego - coś, co nawet w najcięższych chwilach odbuduje przekonanie, że tutaj wszystko jest możliwe. Czasem jest to drobiazg - paru nastolatków tańczących breakdance w wagonie metra - a czasem coś wielkiego, jak niesamowita atmosfera solidarności i wzajemnej pomocy po zamachach 11 września. Nieprawdopodobna ludzka różnorodność, jaką się tu napotyka, daje człowiekowi wiele do myślenia na temat tego, jak niesamowicie twórczym i nieprzewidywalnym gatunkiem jesteśmy - a przy tym jak zgodnie potrafimy żyć z innymi, jeśli tylko zamiast różnić chcemy widzieć wspólnotę dążeń i potrzeb. Nie znam drugiego miejsca, w którym czułabym się równie u siebie jak tutaj; zabrzmi to może dziwnie, ale częściej zdarza mi się czuć cudzoziemką w dzisiejszej Polsce niż w Nowym Jorku. Wiele z tego poczucia ma pewnie związek z różnymi drobiazgami, które oswaja się w miarę bytowania gdzieś dłużej: w Big Apple mam więcej ulubionych knajp i lepiej rozumiem obyczajowość życia codziennego niż w Warszawie, w której przecież się wychowałam. Jest jednak w tym również coś więcej - wydaje mi się, że przez te prawie piętnaście lat, które ja spędziłam w Ameryce, życie w Polsce na wielu frontach uległo tak dramatycznym przemianom, że nie potrafię - a czasami świadomie nie chcę - za nimi nadążać. A może tylko tak mi się wydaje, bo się po prostu starzeję…

Co do kraju, którego Nowy Jork (przynajmniej nominalnie) jest częścią, to nadal twierdzę, że niewiele o nim wiem - poza tym, że przy takiej skali wszystkie uogólnienia dotyczące Ameryki jako całości, jakkolwiek w wielu sytuacjach niezbędne, są po prostu niemądre. Pod wieloma względami Nowy Jork to nie jest Ameryka - i sami Amerykanie często pierwsi to mówią. Nawet jednak z nowojorskiej perspektywy widać, że Stany Zjednoczone roku 2012 to kraj bardzo inny niż ten, do którego przyjechałam. Łatwo byłoby krytykować, co zmieniło się na gorsze; ja jednak wolę widzieć, co pozostało takie samo. Na przykład wzajemny szacunek ludzi do siebie, umiejętność organizowania się we wspólnej sprawie, wiara w to, że wiele rzeczy można naprawić czy ulepszyć. Z drugiej story jednak zauważyłam dziwaczną prawidłowość: jednakowo często zdarza mi się bronić europejskich idei i porządków przed zacietrzewionymi Jankesami, jak perorować w obronie amerykańskich, jeśli atakują je Europejczycy o mentalności starokontynentowych fanatyków.

Jedno jest pewne - gdyby jakimś cudem ktoś nagle dał mi władze nad światem, moim pierwszym edyktem jako globalnego dyktatora byłoby, że każdy człowiek powinien spędzić choćby pół roku mieszkając w innym kraju - im bardziej odległym i kulturowo rożnym, tym lepiej. Emigracja oczywiście nie jest dla każdego - i tylko ci, co jej naprawdę doświadczyli, zdają sobie sprawę, z jak wielką ilością trudnych wyborów się ona wiąże. Jednak w dzisiejszym, ruchliwym i zmiennym świecie warto jest choćby przez chwilę widzieć siebie i własne poglądy z perspektywy Innego. Nawet pozostanie tam, gdzie się jest, bywa wtedy bardzo odmiennym doświadczeniem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Och, mnóstwo było wszystkich tych rzeczy. Z kulturalnych wpadek szczególnie pamiętam wyprawę w interesach do drukarni, prowadzonej przez ultraortodoksyjnych Żydów. Przedstawiając się na spotkaniu, praktycznie wymusiłam na właścicielu podanie mi ręki, kompletnie nieświadoma, na jakie emocjonalne katusze go w ten sposób skazuję. Ze zdziwień - nie zapomnę entuzjazmu moich koreańskich kolegów, po raz pierwszy w życiu częstowanych bigosem na mojej polskiej Wigilii: zgodnie oświadczyli, że danie pachnie zupełnie jak kimchi. Z odkryć - nie przestaje mnie zadziwiać, jak brzmi najczęściej słyszany komentarz w reakcji na informację, że jestem Polką (a mianowicie, ze mój interlokutor ma w rodzinie lub wśród bliskich znajomych kogoś, kto się z Polką ożenił). Albo, z zupełnie innej beczki - to, do jak wielu cudownych imprez kulturalnych i naukowych na światowym poziomie,  można mieć dostęp w Nowym Jorku, nie wydając na to ani grosza.

O rozczarowaniach nie będę mówić, bo przy omawianiu ich łatwo zacząć narzekać - a tego nienawidzę. Ale skoro już o to pytasz, dla zachowania balansu wymienię jedno, bynajmniej nie największe ani nie najboleśniejsze, ale może na tym froncie coś mogę zrobić. Gigantycznym rozczarowaniem jest dla mnie, jak niewielu z milionów turystów odwiedzających Nowy Jork wybiera się gdziekolwiek poza Manhattan. Prawdziwe nowojorskie życie jest w zewnętrznych dzielnicach, a najlepsze jedzenie, reprezentujące kuchnie z całego świata - na Queensie!

I na koniec jakie książki o Nowym Yorku, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś polecić czytelnikom?

Pamiętam, jak ogromnym przeżyciem była dal mnie lektura "The Colossus of New York" - przepięknej, choć malutkiej książki Colsona Whiteheada. Do dziś zresztą chętnie do niej wracam i do dziś jestem pod jej głębokim wrażeniem. To kolekcja impresji, w zasadzie poematów prozą, która jest dla mnie kwintesencją doświadczenia bycia nowojorczykiem. Każdy z tych małych i przepięknie napisanych esejów trafia w samo sedno, pamięta się je latami i wspomina z wielkim wzruszeniem. Jednym z moich największych marzeń byłoby móc przetłumaczyć tę niezwykłą książkę na polski. Ech, może kiedyś...

Kamili życzę, aby to marzenie spełniło się jak najszybciej, a Wam z kolei polecam tę lekturę:

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

 

Na koniec: tych, którzy chcieliby oko zawiesić na świetnych zdjęciach z Nowego Jorku, odsyłam do polecanej przez Kamilę galerii na Facebooku. Poniżej w ramach zachęty jedna z fotografii:

Nowy Jork

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 12 lipca 2012

Gosia Kruczek czara Rozcinam pomarańczeJest jedną z najdłużej piszących autorek bloga, jaką znam. Od siedmiu lat w Paryżu komponuje  swoje zapiski, które często są bardzo poetyckie, stąd przez niektórych nazywana jest też poetessą. Zawsze wyraziście oddaje subtelności własnych myśli i uroki francuskiej stolicy. Jest znakomitą portrecistką Paryża i życia w ogóle (zobaczcie sami na załączonych zdjęciach). Dziś w ramach drugiego odcinka tyglowej serii "Przeprowadzka" przedstawiam Wam Gosię Kruczek aka Czarę, autorkę znakomitego bloga Rozcinam pomarańcze, którym się zaczytuję.


Jak to się stało, że znalazłaś w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

To było w 2005 roku. W starej i potężnej bibliotece swojej babci mój przyjaciel wyszperał kiedyś dawny, zupełnie staromodny podręcznik do nauki francuskiego. Podarował mi go. Był stary, miał okładkę z materiału, a na niej napis "Un jour j'irai à Paris" (Pewnego dnia pojadę do Paryża). Akurat w tym czasie złożyłam podanie o wyjazd stypendialny do Francji do Montpellier. We Francji chciałam poznać coś nowego, ale przede wszystkim szlifować język, który stał się moją prawdziwą pasją. Parę dni później pojawiło się ogłoszenie o miejscach stypendystów na jednej z paryskiej uczelni. Nie wahałam się ani chwili. Pół roku później byłam już w Paryżu.

Paryż Czary

Paryż Czary

 Jakie były Twoje wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam. To był czas najbardziej intensywny, jakby wszystko się we mnie otworzyło. Chyba nigdy nie chłonie się tyle, co właśnie podczas pierwszych tygodni pobytu w nowym miejscu. Każdy dzień to były nowe odkrycia, ogromne ilości wrażeń. Przede wszystkim od razu poczułam się jak u siebie, Paryż to jest miasto bardzo łatwe od ogarnięcia, do poruszania się, do flanowania po prostu. Nie zwiedzałam za dużo, z wierszami Préverta wałęsałam się po paryskich mostach i wdychałam zapach pieczonych  kasztanów. Wszystko wydawało mi się takie, jak powinno być...  Swoją drogą, może tak powinni też robić turyści:  schować swoje przewodniki na dnie walizki, nie pędzić na słynną wieżę, tylko spacerować i chłonąć?

Innym wciąż barwnym i żywym wspomnieniem, które mam z tamtych pierwszych chwil, to wrażenie, jakie wywarli na mnie mieszkańcy tego miasta. Nie zdawałam sobie sprawy, że są oni tak różni, tak kosmopolityczni, że to miasto to prawdziwy kulturowy tygiel, pełen braw i smaków. Ten wieloetniczny patchwork zafascynował mnie absolutnie, nie znałam tego z książek czy piosenek. Nie mogłam się napatrzeć na tę prawdziwą mozaikę twarzy, ras i kolorów, mogłam godzinami kontemplować ludzi, na przykład w metrze, co zresztą doprowadzało do wielu czasem zabawnych sytuacji, tu ludzie raczej unikają cudzego wzroku.

To był naprawdę piękny czas, byłam wtedy bardzo otwarta na wszystko, na nowe miasto, na innych ludzi i na siebie samą.

Paryż Czary

Paryż Czary

Paryż Czary

 

Jak Ci się teraz mieszka w Paryżu w ogóle? Jak traktujesz teraz miasto?

Przenosząc się tu na stałe, bałam się, że to uczucie fascynacji miastem zniknie, zatrze się i zgubi w codzienności. Na razie jednak tak się nie stało. Chociaż mogę się cieszyć nim na co dzień, mój apetyt nie tylko nie znika, ale rośnie. Przede mną wciąż jeszcze mnóstwo odkryć, bardzo dużo czytam o historii Paryża, ale równie ciekawa i bogata jest teraźniejszość, intensywne życie artystyczne, przyprawiająca o zawrót głowy oferta kulturalna. Czasem to jest wyczerpujące, czasem czuję się, jakbym sama właśnie gotowała się do białości w tym tyglu. Ale to jest niesamowite źródło inspiracji.

Z drugiej strony mam teraz świadomość ciemniejszych stron miasta. Drożyzny, problemów mieszkaniowych, dużego zagęszczenia, jak w każdym wielkim mieście, no i biedy uosabianej tu pod postacią niemal legendarnego kloszarda.



Paryż Czary

Paryż Czary

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki były najczęściej związane z jedzeniem. Na wieczorne spotkanie z Francuzami szłam najedzona, nie myśląc o tym, że tu właśnie je się dopiero wieczorami i spotyka wokół stołu. To było też źródło nieporozumień z moim tubylczym chłopakiem, który nie rozumiał, że ja mogę jeść co dwie godziny, podczas gdy jemu wystarczały dwa porządne posiłki. Albo znajomemu muzułmaninowi podawałam kanapki z szynką, nie zastanawiając się, z jakiego mięsa ta szynka jest...  

Pozytywnie zaskoczyła mnie towarzyskość i rodzinność Francuzów. I fakt, że wbrew obiegowym opiniom mówią po angielsku, na pewno nie gorzej niż Polacy. Kultowym słowem (przynajmniej wśród ludzi o niezłym wykształceniu) jest tu "culture générale", co można byłoby tu przetłumaczyć jako wiedza ogólna. Raz widziałam policjanta czekającego przed izbą przyjęć na jednego ze swoich "podopiecznych", który pochłonięty lekturą "Wiedzy ogólnej" ze słynnej serii...  "dla idiotów". W Paryżu podoba mi się też widoczny na każdym rogu głód sztuki. Chodzenie do galerii i na wystawy jest tutaj jednym ze sposobów na spędzanie czasu, nieważne że trzeba odstać najczęściej dwie godziny w kolejce.

 

Paryż Czary
Paryż CzaryCo  mnie nie przestaje zadziwiać to to, że Francuzi poznając kogoś muszą sobie zrobić mentalną "fiszkę" na jego temat – skąd pochodzi, ale przede wszystkim "co robi w życiu". Właściwie jest to pierwsze pytanie w rozmowie, wydaje mi się, że u nas pojawia się ono na znacznie dalszym miejscu. 

To, co mi się nie podoba, to skomplikowane podejście do wolności.  Konkurencja jest tu postrzegana jako zamach na wolność, nie jej wzmacnianie. Podam przykład paryskich taksówek, ich liczba jest ściśle limitowana, dostęp do tego zawodu mocno utrudniony, mimo że tych taksówek po prostu jest za mało. Nie podoba mi się to, że w knajpach trzeba czekać aż kelner wybierze nam stolik, to, że wszędzie są jakieś taśmy, które wyznaczają miejsce, gdzie trzeba się ustawić, czekać, ćwiczyć cierpliwość...

Paryż Czary

I na koniec jakie książki o Paryżu bądź Francji poleciłabyś czytelnikom?

Pamiętam, że w liceum zaczytywałam się "Grą w klasy" Cortazara i duże wrażenie zrobił wtedy też na mnie "Łuk Triumfalny".  Później zaczęłam odkrywać literaturę XIX-wieczną. Do tej pory jednym z moich ulubionych pisarzy z tamtej epoki jest Zola, który w swojej serii Rougon-Macquartów sportretował ówczesny Paryż i jego mieszkańców w niezwykle sugestywny sposób. Bardzo lubię też "Ruchome święto" Hemingwaya, który w barwny sposób przedstawia życie amerykańskiej kolonii literackiej.  Z innych książek poświęconych tej epoce, ostatnio przeczytałam "Montparnoss" George'a-Michela Michel, a jeśli chodzi o non-fiction, to polecam "Kobiety z Lewego Brzegu" Shari Benstock, która przybliża miasto (i twórczość) przez pryzmat kobiet-artystek takich jak choćby Gertruda Stein, Anaïs Nin, Colette, Edith Wharton...  Z naszego polskiego ogródka, mam dwie ulubione książki o Paryżu:  "Requiem dla moich ulic", w którym Krzysztof Rutkowski w niezwykle plastyczny sposób wskrzesza dawne, często nieistniejące już miasto i "Paryż za dwa Ludwiki" Ludwika Stommy i Ludwika Lewina, pełen spacerów po szlaku "Paryża cieni i smaków", pysznych anegdotek i zabawnych historyjek o dawnych, legendarnych bądź nie, mieszkańcach miasta. Muszę też dodać "Szkice Piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, dzienniki, których część akcji rozgrywa się w wojennym Paryżu... Lista krótka i otwarta.

Czara Gosia Kruczek z Rozcinam pomarańcze

Gosia aka Czara

 

***

Poprzednie wpisy z serii PRZEPROWADZKA

Przeprowadzka Magamary: Oksford

niedziela, 01 lipca 2012

Oxford, Turl Street, centrum miasta, fot Milena WernerTyle się mówi o emigracji zarobkowej, a o ile wdzięczniejszym i bardziej intrygującym tematem jest emigracja uczuciowa :) Bo w końcu tyle tysięcy ludzi musi pakować swoje walizki, mówić adieu rodzinnemu miejscu i ruszać w nowe, by dołączyć do swojej drugiej (bądź jak kurtuazyjnie mówią Anglicy - lepszej) połówki. Tak zrobiłam ja, osiem lat temu. Waliza nie była wcale duża, w końcu podróż lotnicza z Gdańska na południe Anglii to jedynie 2 godziny, więc choć teoretycznie po coś niezbędnego zawsze można szybko pojechać, a poza tym naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy mieszkać za kilka miesięcy. Oliver kończył wtedy pisanie doktoratu w Oksfordzie, a ja miałam pracę, którą mogłam wykonywać z każdego miejsca na świecie pod warunkiem, że miało ono dostęp do internetu. Niby świetny układ, duże pole manewru, ale przyznam szczerze, że to też zawieszenie (bo nie wiadomo, co dalej), więc trudniej w takich warunkach jest znaleźć swoje miejsce w nowym kraju, a dodatkowo Oksford jest jednym z trudniejszych miast do oswojenia. Oksford jest zamknięty, niewielki, wykluczający (zobaczcie chociażby liczbę murów odgradzających różne obiekty w centrum miasta - wyjdą z tego kilometry) - niewidoczny, prężny świat uniwersytetu jest zupełnie oddzielony od miasta, więc to, co musisz zrobić, osiedlając się tutaj, to w jakiś sposób stać się częścią tego lokalnego wszechświata. Mając jednak pracę, którą wykonywałam z domu, trudno było w jakikolwiek sposób zbliżyć się do uczelni, a nawet nadgryść samo miasto i jego mieszkańców. Początki mieszkania w Oksfordzie były trudne.

Oksford, centrum

Broad Street, centrum miasta

Oksford, St Giles

The Eagle and Child, jeden z najbardziej znanych pubów w mieście (sławę zawdzięcza temu, że przesiadywał tu Tolkien z CS Lewisem)

Wydawało mi się, że rozwiązaniem byłoby znalezienie pracy na pół etatu, żeby się stać częścią miasta. Zaczęłam szukać i byłam przekonana, że szybko coś znajdę. Tymczasem okazało się, że wierne oddanie swojego życia w formie zgrabnego CV tylko utrudniało poszukiwania. Stosik grzecznie napisanych listów z odmową rósł szybko, a wraz z nim moja frustracja. Dopiero kiedy miły Anglik we włoskiej knajpie (był dla mnie tak miły, że byłam przekonana, że mnie zatrudni. Nic bardziej mylnego!) powiedział, że nie rozumie, dlaczego chciałabym tam pracować, dotarło do mnie, że upychając wszystko, co możliwe do CV, po prostu zabijałam każdą możliwą szansę na drobną pracę, przedstawiając się jako "przekwalifikowana, co nie zagrzeje tu długo miejsca". Usadowiłam się więc pod skrzydłami jednej z oksfordzkich agencji pracy i z radością przyjmowałam nawet najbardziej pokręcone, drobne zlecenia, mając okazję poznać najróżniejsze zakamarki miasta i co najważniejsze jego mieszkańców (wreszcie!). Jedną z fajniejszych rzeczy było poddanie się testom jungowskim w ramach sesji szkoleniowej dla psychologów (płacili całkiem nieźle: 6 funtów za godzinę w 2004 roku za to, że mogli ze mną porozmawiać - cudownie!). Wreszcie dostałam ofertę uczenia polskiego na uniwersytecie i choć ta praca była marnie płatna (na Uniwersytecie Oksfordzkim było wtedy aż trzech studentów polskiego, więc miałam zaledwie kilka godzin w tygodniu, poza tym, bądźmy szczerzy, uczelnia naprawdę nie rozpieszcza lektorów), byłam szcześliwa. Uczenie tutaj jest zupełnie inne, bo większość zajęć odbywa się w systemie jeden na jeden i przygotowanie się na godzinną lekcję z tylko i wyłącznie jednym studentem, to jednak zupełnie inny wysiłek niż seminarium z kilkunastoma. Nie było łatwo, ale było ciekawie.

Oksford, Trinity College, Hall

Studencka stołówka - Hall w Trinity College w Oksfordzie, fot. Milena Werner

Oksford, Taylorian Library

Biblioteka uniwersytecka, Taylorian Institute w Oksfordzie

Oksford wtedy nagle się otworzył. Minęło kilka miesięcy, Oliver dalej pracował nad doktoratem, a ja moją stałą, zdalną pracę zamieniłam na kawałkoetatową, wydłużając jednocześnie liczbę godzin prac "oksfordzkich". Razem z Oliverem chodziliśmy na wykłady, na łódkę, kino w college'owym barze. Poczułam się nieco, jakbym znowu stała się trochę studentką z błogim poczuciem beztroski. Miasto mi się w końcu spodobało. Oksford jest trudnym miejscem do ukochania, wymaga naprawdę sporego wysiłku, determinacji i czasu. Jak uda ci się przebić, to miasto staje się małym, prywatnym rajem, bo wtedy przez uczelnie ma się dostęp do nieprawdopodobnych bibliotek-domowo-wyglądających-czytelni, muzeów, wykładów, imprez. Oksford bez dostępu do uczelni potrafi trącić prowincją.

Oxford, fot Milena Werner

Jedna z piękniejszych, średniowiecznych alejek w mieście, fot. Milena Werner

Oksfordzki gargulec

Miejski straszak :)

Razem z ludźmi z college'u zaczęliśmy jeździć po kraju. Późną jesienią pojechaliśmy w Góry Czarne (walijskie Black Mountains), zimą do Dartmoore, latem kręciliśmy się po Vale of White Horse. Zaczęłam odkrywać, że w Wielkiej Brytanii sportem narodowym jest spacerowanie (walking) po górach, wzgórzach, polach, wrzosowiskach, łąkach, które uprawia się w odpowiednim obuwiu, sztormiaku, z plecakiem (najlepiej z piersiówką z whisky) i niezbędą mapą. Zaczęłam oswajać się z nieprzyjemnym podziałem na dwa krany w łazience (z jednego leci zimna a z drugiego ciepła woda, więc nie sposób umyć rąk w takiej, która byłaby odpowiednim kompromisem temperatur). Dostrzegłam, że choć w budynku, w którym mieszkaliśmy, było 11 mieszkań, to sąsiadów spotykało się raz na miesiąc. Zaakceptowałam piwo bez gazu (w wersji ale i bitter), wykładzinę w łazience (kremowa) i na wspólnym korytarzu w budynku (biała; ktoś przychodził raz na miesiąc i ją czyścił). Nie mogłam znieść cen biletów na autobusy miejskie (gdzie za przejechanie 4 km płaciło się prawie 2 funty), więc oksfordzkim zwyczajem nabyłam sobie rower. Przyzwyczaiłam się do dziwacznej mowy kierowców autobusowych, kawy na wynos, mówienia "przepraszam", kiedy zostało się przez kogoś przypadkowo dokniętym... Mogłabym długo wymieniać.

Oksford zimą

Oksfordzka zima na Walton Street

Wreszcie z czasem też odpuściłam. Na początku mieszkania w Oksfordzie strasznie byłam czuła na "sprawy polskie" - bolało mnie, jak ludzie myśleli i mówili o moim rodzinnym kraju jedynie w kategoriach stereotypów (walczący naród, Solidarność, bieda, picie wódki do obiadu - to ostatnie usłyszałam od starszej babki, która wykłada na Cambridge i zupełnie zaniemówiłam. Znajomi Polacy byli indagowani o to, czy w kraju nad Wisłą używa się pralek etc etc.). Czułam się urażona głupimi pytaniami. Zupełnie niepotrzebnie. Powinnam je po prostu wyśmiać bądź nazmyślać niemądremu rozmówcy inne wspaniałości. Dodatkowo dziwiło mnie to, że ktokolwiek z angielskiego środowiska dowiadywał się o kimś polskiego pochodzenia mieszkającym w Oksfordzie, momentalnie chciał mnie z tą osobą skontaktować tak, jakby Polacy za granicą musieli wyłącznie przynależeć do innych Polaków. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu tego typu sprawy przestały mnie zupełnie poruszać. Odpuściłam zupełnie i znacznie mi z tym lepiej.

Zresztą mieszkając poza miejscem, gdzie się wychowałam, przeżyłam pewnego rodzaju uwolnienie, które z pewnością jest uczuciem dość uniwersalnym, jakiego doświadczają obcokrajowcy zamieszkujący w nowym miejscu. To wyswobodzenie od znanych schematów myślowych (kiedy pracowałam w Warszawie często się ludzi klasyfikowało: to taka a taka frakcja polityczna, z takiej a takiej rodziny etc. To było baaaardzo męczące), od narodowych stereotypów, od przewidywalnych reakcji i wypowiedzi. To było bardzo odświeżające. W Wielkiej Brytanii panuje większa wiara w instytucje, w możliwość kształtowania rzeczywistości (w imię zasady, że jak ci się coś nie podoba, to daj znać i zaproponuj, jak można to zmienić, zrób coś z tym sam), co szalenie mi się podoba. To chyba najbardziej mnie zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat.

Oksford, Trinity College

Studenci w Trinity College

Oksford czytający student

Czytający przy Ashmolean Museum

Oksford traktuję teraz jak moje własne miejsce, a Wielką Brytanię jak moją wybraną ojczyznę. Uwielbiam Oksford, bo jest mały, a wiele się w nim dzieje (na niewielkiej przestrzeni potrafi spotkać się cała galaktyka wielkich umysłów). Bo dba o siebie. Bo potrafił z wdziękiem zakonserwować tradycje, parki, uczelniane zwyczaje itp. Bo dzięki temu miejscu ma się dostęp do tylu różnych kultur i społeczności, które mieszkają tuż za rogiem. W ten sposób zresztą dotarłam do Indii - dzięki znajomym i przyjaciołom, dzięki rodzinnym doświadczeniom Olivera (jego dziadek był budowniczym, który projektował mosty w Azji Południowej) i wreszcie dzięki niesamowitej liczbie powieści z subkontynentu, które wydaje się tutaj.

Czasem myślę, że chciałabym zmienić miejsce, zamieszkać i poznać nowe, ale z drugiej strony momentalnie czuję żal, że mogłabym coś niesamowicie ważnego stracić w Oksfordzie.

Zamieszaknie w nowym miejscu to duża próba siebie, własnej zdolności do zmierzenia się z nowym i znajdywania kompromisów. Każda przeprowadzka naraża cię na wystawienie swoich czułych punktów na działanie nowego, nieznanego klimatu. Zupełnie naturalną rzeczą przy zmianie lokalizacji jest popełnienie szeregu spektakularnych wpadek kulturalno-obyczajowych. Do moich najbardziej oszałamiających, które przychodzą mi teraz na myśl, należą: przyjście na imprezę domową wcześniej niż ustalili to domownicy (to jeden z najstraszniejszych grzechów głównych w Anglii; wpędzasz tym ludzi w totalny popłoch), zaparzenie popołudniowej herbaty w zimnym dzbanku (babcia Olivera była zbulwersowana. Dzbanek wszak się wcześniej ogrzewa wrzątkiem. Niewybaczalny błąd!), totalna ignorancja na temat istnienia clotted cream (gęstej śmietany, zbliżającej się konsystencją do masła, którą podaje się do scons, ciach serwowanych z herbatą), wysłanie do Olivera smsa z informacją, że spotkamy się z jego rodziną na lunchu w Old Parsnip (Starej Pietruszce) Hotel zamiast Old Parsonage Hotel (a wydawało mi się, że dobrze usłyszałam nazwę...)

Oksford, czytający przy bibliotece

Na dziedzicu głównej biblioteki uniwersyteckiej

Oksford

Prywatny skwer z widokiem

Pewnie się nie zorientowaliście, ale w tej długiej notce odpowiedziałam na cztery pytania: Jak to się stało, że znalazłam się w Oksfordzie? Jakie były moje pierwsze wrażenia po przeprowadzce? Jak mi się teraz tutaj mieszka? I jakie były moje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki i rozczarowania? Na koniec dodam listę książek, którą poleciłabym każdemu, kto chce dowiedzieć się czegoś więcej o Oksfordzie czy Wyspach Brytyjskich i w ten sposób rozpocznę nową serię wpisów w Tyglu. W najbliższych tygodniach będę przedstawiać Wam przyjaciół, znajomych, ulubionych blogerów, którzy mieszkają w różnych zakątkach świata, piszą o nich i chcieli się podzielić swoimi wrażeniami z nowych ojczyzn. Zapraszam do śledzenia serii Przeprowadzka.

Polecana lista lektur:

  • A. S. Byatt "The Game" - powieść o dwóch siostrach, z których jedna jest ekscentrycznym pracownikiem naukowym Oksfordu. Świetny dramat rodzinny o pokręconych związkach (rodzina jest kwakrami), napiętych relacjach siostrzanych i potrzebie bycia zostawionym w spokoju. Bardzo polecam.
  • Javier Marias "All Souls" (oryg. "Todas las almas") - Marias przez dwa lata pracował na oksfordzkiej uczelni i swoje doświadczenia ujął w formie fabularnej, ujawniając przy okazji szczegóły romansu z zamężną koleżanką z pracy. Książka wzbudziła wiele kontrowersji w mieście.
  • Jan Morris "Oxford" - historia miasta, uczelni, zwyczajów, oksfordzkich kuriozów, wszystko skrzętnie przedstawione.
  • Evelyn Waugh "Brideshead Revisited" - Oksford czasów przedwojennych, z arystokratycznymi i ekscentrycznymi studentami, czas wielkiego zblazowania i wielkiego romansu.

 

Nieoksfordzkie:

  • E. McEwan "On Chesil Beach" - świetna powieść o angielskiej, młodej parze osadzona w czasach obyczajowej skrytości. Znakomicie napisana.
  • K. Ishiguro "The Remains of the Day’ - melancholijny powrót do czasów wielkich majordomusów i nieprawdopodobnych posesji. Na pozór wszystko wpasowuje się w oczekiwania na wskroś angielskiej historii (chłód emocjonalny, obowiązkowość, hierarchia), ale nie dajcie się zwieść, bo ta powieść jest też bardzo japońska.
  • Książki Juliana Barnesa - ktokolwiek chce się zmierzyć z angielskimi kompleksami, powinien koniecznie czytać Barnesa!
  • A. Hollinghurst "The Stranger’s Child" - wgląd w londyńskie środowisko gejowskie. Do tego bardzo stateczna powieść.


Wreszcie trochę non-fiction:

  • B. Bryson "Notes from a Small Island" - szybka wyprawa przez Wyspy środkami komunikacji miejskiej. Bryson prędko zaspokaja swój apetyt, więc nie spodziewajcie się wielu szczegółów. Ciekawe są jednak uwagi społeczno-kulturalne
  • J. Baggini "Welcome to Everytown. A Journey into an English Mind" - tytuł mówi sam za siebie.


Ania w Oksfordzie
(Tymczasem pozdrawiam serdecznie i znikam na chwilę, bo jutro oczekują mnie w szpitalu i jeżeli wszystko dobrze pójdzie, pod koniec tygodnia będę w domu z drugą córeczką).

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...