Wpisy z tagiem: literatura europejska

czwartek, 26 maja 2011

Literatki.com W tym roku wyjątkowo na relację z londyńskiej spotkania European Literature Night nie zapraszam do "Tygla", ale do portalu Literatki, z którym rozpoczęłam współpracę. Portal prowadzony jest przez przesympatycznego Krzysztofa Cieślika i specjalizuje się w publikacji recenzji najnowszej prozy światowej wydanej po polsku. Większość recenzentów to doktoranci Uniwersytetu Warszawskiego. Z istnienia Literatek do niedawna w ogóle nie zawałam sobie sprawy. Teraz cieszę się bardzo, że mogę dzięki niemu nie tylko być na bieżąco z tym, co jest wydawane w Polsce, ale dodatkowo dołączyć do zacnego grona autorów. Podsumowanie European Literature Night znajdziecie tu.

Ponieważ w artykule nie omawiam dokładnie poszczególnych autorów, pokuszę się w "Tyglu" o krótką opowieść o dwóch pisarzach, którzy zrobili na mnie największe wrażenie: o Włochu Diego Maranim i o Austriaczce koreańskiego pochodzenia Annie Kim.

52-letni Marani ma na swoim koncie już 6 książek, co jest imponujące, bo on za dnia pracuje jako urzędnik Unii Europejskiej, a dopiero wieczorami zamienia się w pisarza i felietonistę. Ma błyskotliwe poczucie humoru i sporo przemyśleń na temat europejskiej tożsamości, która jego zdaniem powinna być definowana za pomocą wspólnych wartości a nie przez cechy stricte narodowe (co uważam za bardzo trafne). Marani zna kilka, jeżeli już nie kilkanaście, języków. Uważa, że każdy mieszkaniec Europy powinien nauczyć się przynajmniej trzech: jednego z grupy słowiańskiej, jednego z germańskiej i jednego z romańskiej, żeby w ten sposób móc lepiej zrozumieć kulturalną mieszankę Europy (pomysł bardzo popieram!). Marani lubi bawić się językami, co tydzień pisze felietony dla szwajcarskiej gazety w Europanto – wymyślonej przez siebie mowie, która miesza słowa z całego dorodziejstwa leksykalnego Europy. Na spotkaniu zademonstrował swój "wynalazek", co było niezwykle zabawne (wybaczcie, ale nawet przy mojej znajomości trzech języków z głównych grup nie jestem w stanie imitować Europanto). Marani podkreślał, że każdy z poznanych języków zmienił go i z każdym miał niemałe przygody. Angielskiego uczył się jeszcze we Włoszech a kiedy przyjechał do Anglii, chciał jak najszybciej wypróbować cały zasób grzecznych zwrotów, którymi wypchał sobie po brzegi głowę. W pociągu do Londynu zapytał siedzącego na przeciwko mężczyznę: "Would you open the window, if I mind?" ("czy mógłby pan otworzyć okno, jeżeli mam coś przeciwko?") Nie trudno zgadnąć, jak pytanie powinno wyglądać. Zadziwiające było jednak to, że mężczyzna z przedziału... uciekł.

Diego Marani, European Literature Night

Diego Marani

Podczas spotkania Marani czytał fragment książki zatytułowanej "Nuova grammatica finlandese" ("Nowa gramatyka fińska"), która opowiada historię rannego męzczyzny odnalezionego podczas wojny w Helsinkach. Opiekujący się nim lekarz bierze pacjenta za Fina, choć ten nigdy wcześniej z fińskim nie miał do czynienia. Mężczyzna jest zatem niejako zmuszony do nauczenia się fińskiego podczas rekonwalescencji, a ta nauka nie jest tyle procesem poznania nowej mowy, co poznaniem języka na nowo, bo doznane podczas wojny obrażenia spowodowały, że bohater stracił zdolność komunikacji. Książka zapowiada się bardzo ciekawie.Dostałam już jej egzemplarz z Amazona, więc pewnie wkrótce pojawi się w "Tyglu" jej recenzja. Polecam rozglądać się za Maranim! Może za jakiś czas ukaże się po polsku.

Drugą pisarką, która zrobiła na mnie duże wrażenie, jest młoda Anna Kim. Jej ojciec, profesor sztuk pięknych przeniósł się z Korei do Europy, kiedy ona miała dwa lata, więc wychowała się przede wszystkim w kulturze starokontynentalnej. Pisarzy korańskich nie zna, za to świetnie orientuje się w europejskiej twórczości i z nią się identyfikuje. Po angielsku ukazała się właśnie jej pierwsza powieść "Frozen time" ("Zamarznięty czas"), która opowiada historię albańskiego mieszkańca Kosowa poszukującego porwanej podczas wojny żony. Akcja dzieje się we Wiedniu, dokąd wyemigrował bohater. Tytułowy "Zamarzięty czas" odnosi się do stanu, w jaki wpada człowiek, którego bliska osoba zagnięła. Czas zatrzymuje się na momencie porwania i po nim nie sposób żyć dalej. Powieść jest medytacją na temat tożsamości i straty. To podobno niezwykle przejmująca i smutna opowieść. Kim oparła ją na prawdziwej historii mieszkańca Bośni, którego poznała w Austrii. Jestem bardzo ciekawa tej książki, więc muszę ją czym prędzej zamówić. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to w jesiennym numerze Archieplagu ukaże się mój wywiad z pisarką. Może znajdzie się i polski wydawca na "Zamarzięty czas"? Kto wie.

Anna Kim, European Literature NightAnna Kim

Mówiąc o nowych wydaniach: jest też dobra wiadomość dla polskiego pisarza. Jak dowiedziałam się w kuluarach po spotkaniu, w przyszłym roku ukaże się pierwszy angielski przekład prozy Jacka Dehnela - w Wielkiej Brytanii opublikowany zostanie jego "Saturn". Gratuluję Jackowi! To świetna wiadomość.

 ***

Przy okazji, które książki współczesnych polskich autorów powinny być Waszym zdaniem koniecznie przetłumaczone na języki obce?

środa, 11 maja 2011

European Literature Night 2011Celebracje wieczoru literatury europejskiej rozpoczną się w Londynie już dziś w British Library. Na to specjalne spotkanie przyjedzie do brytyjskiej metropolii sześciu pisarzy. Bardzo ucieszyło mnie to, że po raz kolejny mowa będzie o polskiej literaturze - w tym roku dla odmiany o poezji, bo Polskę reprezentuje Bożena Umińska-Keff. Rozmowa będzie dotyczyć jej poematu? tragedii? (trudno mi sklasyfikować) zatytułowanej "Utwór o Matce i Ojczyźnie", który w przyszłym roku ukaże się po angielsku w tłumaczeniu Alissy Valles i Benjamina Paloffa.

Utwór wyłowiłam z czeluści uniwersyteckiej biblioteki w Oksfordzie i  przeczytałam w dwa popołudnia w miniony weekend. Nie poraził mnie ani tematycznie ani stylistycznie. To dramat córko-matczyny. Lamentują w nim: Meter - Żydówka ze Lwowa, która przeżyła Holokaust i która swoim przeżyciem próbuje zgnieść istnienie córki i Usia marząca o buncie wobec matki. W "Utworze" wysokie miesza się z niskim, patetyczne z wulgarnym, klasyczne z popkulturowym, więc pełno w nim zgrzytów, starć i napięć. Przyznam szczerze, że połączenie greckiej tragedii z Larą Croft, biblijnego lamentu znad brzegu Babilonu z piosenkami Beatlesów artystycznie jedynie chrzęściło mi w zębach. Stylistyczny eksperyment nie ma, moim zdaniem, ani siły językowej akrobatyki Masłowskiej, ani pomysłowości Witkowskiego. Największe wrażenie zrobiło właściwie na mnie tylko zakończenie zatytułowane "Pieśń z przychodni lekarskej", które prostym, precyzyjnym cięciem rozkraja na kawałki pokłady polskiego antysemityzmu. Tyle o moich pierwszych wrażeniach. Teraz czas przedstawić pozostałych gości dzisiejszego wieczoru:


Emil Hakl ur. 1958 (Czechy) - pisarz, poeta i prozaik. W Polsce ukazała się jego nowela z "O rodzicach i dzieciach". W Wielkiej Brytanii w tym roku pojawi się "On Flying Objects" - zbiór opowiadań, których charakter nasuwa podobno skojarzenia z prozą Hrabala.

Nora Ikstena ur. 1969 (Łotwa) - autorka biografii o przedwojennej pisarce i działaczce Annie Rumane-Keninie. Ma na swoim koncie dwa zbiory opowiadań i trzy powieści. Po polsku znalazłam fragment jej wspomnień o 1989 roku: dostępny tutaj.

Anna Kim ur. 1977 (Austria) - urodzona w Korei Południowej austriacka pisarka. Pomimo młodego wieku opublikowała już kilka opowiadań, dwie powieści, zbiór esejów i zbiorek poezji.

Diego Marani ur. 1959 (Włochy) - powieściopisarz, tłumacz i felietonista, autor języka Europanto. Jeszcze nie czytałam jego "Nuova grammatica finlandese", która została nagrodzona prestiżową włoską nagrodą literacką Premio Grinzane Cavour, ale już zamówiłam sobie egzemplarz w Amazonie.

Peter Terrin ur. 1968 (Belgia) - porówywany z Kafką i Camus, pisarz flamandzki. W przyszłym roku ukaże się po angielsku jego ostatnia powieść "The Guard".


Jestem ciekawa, czy czytaliście teksty któregokolwiek z dzisiejszych, londyńskich gości.

Ps. Jak głoszą organizatorzy literackiej nocy, spotkania z pisarzami mają odbywać się w kilkunastu stolicach na kontynencie. Czy wiecie, co dzieje się u Was?

środa, 29 grudnia 2010

Monica Ali In the KitchenOstatnie dokonania literackie Moniki Ali mogę ująć geograficznie: ze wchodnio-londyńskiej, bengalskiej Brick Lane pisarka wyruszyła do centrum stolicy w rejony Piccadilly i Victorii. Muszę przyznać, że ten prozatorski skręt jest i ostry, i odważny. Ali, która głównie kojarzona jest z tematyką mniejszości narodowych i kryzysów tożsamości, postanowiła wyjść poza problemy etnicznych gett i wziąć pod lupę bolączki całego kraju. Sami przyznacie, że zadanie nie jest łatwe: wielka powieść współczesna udaje się przecież tylko nielicznym. Trudno jednak odmówić Ali ambicji.

Akcja jej najnowszej powieści toczy się w niegdyś prestiżowym Imperial Hotel, a dokładnie w tytułowej kuchni, gdzie pracują sami obcokrajowcy, w tym, jak łatwo się domyślić, i nielegalnie przebywający w Wielkiej Brytanii imigranci. Ich szef - Anglik - Gabriel Lightfoot (Gabe) przymyka na to oko. Kuchnia Imperiala przestaje zresztą być mu droga - Gabe planuje otworzyć własny biznes. Kiedy jednak w piwnicy umiera jeden z nielegalnych pracowników - Yuri z Ukrainy - Lightfoot zaczyna odkrywać świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia.

Ktokolwiek pracował w hotelowej kuchni przed wejściem Polski do Unii Europejskiej czy też miał przyjaciół, którzy w ten sposób dorabiali sobie w wakacje, łatwo może sobie wyobrazić to, co odkrywa główny bohater. Zresztą nawet osoby bez hotelowych doświadczeń szybko rozpoznają typowe motywy:  złamane życiorysy imigrantów, ucieczki z krajów naznaczonych wojną, niespełnione ambicje, etniczny kocioł, wieczna nerwówka i pigeon English. 'Be cool, man' - said the Moldovan in a stupid American accent. 'Look', he said, with a sweep of the hand, 'everything ready'. (Wyluzuj, człowieku - powiedział chłopak z Młodawii z głupim, amerykańskim akcentem. - Zobacz - dodał, wymachując ręką - wszystko gotowe). Język kuchni jest wieloetniczny i prosty. Ali świetnie naśladuje regionalne i narodowe akcenty, tworząc nieco humorystyczny, ale i mało oryginalny obraz imigranckiej doli. Tytułowa kuchnia jest moim zdaniem, niestety najsłabszym elementem powieści.

Monica Ali musiała sobie jednak zdawać sprawę z tego, że czytelnika nie zaskoczy światem wieloetnicznej, nerwowej kuchni restauracji hotelowej. Jest to zbyt dobrze znany obraz. Dlatego poszła o krok dalej. W podziemiach Imperial Hotel umieściła Lenę - przeszmuglowaną do Wielkiej Brytanii młodą Ukrainkę, której udało się ucieć z jednego z burdeli w Soho. Lena wnosi do powieści kolejny wymiar: jest sprawdzianem moralnym dla Gabriela, który przygarnia ją pod swój dach i jest zapowiedzią kolejnego z istotnych wątków powieści: współczesnego niewolnictwa, którego ucieleśnieniem będą w końcowej części książki gospodarstwa rolne, funkcjonujące jak obozy pracy dla nielegalnych imigrantów z Europy Wschodniej (niemało o takowych można było swojego czasu przeczytać w polskiej prasie).

Ali jest wrażliwa na krzywdę słabszych. Jej proza jednak mało ma z literackiej wrażliwości. Społeczno-polityczne wątki powieści przypominają nieco program publicystyczny. Przyznam szczerze, że ciekawiej na ten temat potrafią debatować goście czwartkowego programu "Question time" w BBC.

Siła powieści tkwi gdzie indziej. Ali o wiele lepiej udał się skok z centralnego Londynu na północ Anglii, gdzie mieszka umierający ojciec głównego bohatera i gdzie w etnicznie podzielonym mieście musi paść pytanie o to, jak zdefiniować brytyjski charakter i wartości. Ali znakomicie opisała angielską rodzinę (łącznie z ich regionalnym akcentem) i odchodzącą w niepamięć świetność brytyjskiego przemysłu.

"- To miasto umiera, Garbiel. Nie można już go uleczyć.
-  A co to za choroba, tato? Obcokrajowcy? Postęp? Co? Gabriel niemalże już krzyczał."

Rozmowy ojca z synem są pełne napięć, ran z przeszłości, które nie chciały się zabliźnić. Mają głębię i są kreślone przekonującym, pewnym ruchem w przeciwieństwie do bohaterów "z kuchni",  na których Ali nałożyła tylko cienką, powierzchowną skórkę.

Ali pokazuje, jak fale niekontrolowanej imigracji gwałtownie zmieniły charakter nie tylko metropolii, ale i małych miast w całej Anglii. Tam, gdzie pojawiły się muzułmańskie ulice, wyrosła  ściana nieporozumień. Starsze pokolenia Anglików, w powieści reprezentowane przez babcię Gabriela, pełne są uprzedzeń i lęku przed utratą dawnego świata, w którym każdy sąsiad mówił tym samym regionalnym akcentem, a sklepikarz na rogu oferował ozorki, indyka i wieprzowinę, a nie żywność halal. "(...) well there's Pakistans all down the row, right to the end of the street. Barlett Street, it was. June told me all about it because this chap's a neighbour and she said to me, Phyllis, what is the world coming to, and I said, June, I just don't know any more, really don't. ("a zatem tam żyją Pakistani, zajmują całą ulicę. To jest Barlett Street. June powiedziała mi o tym, ponieważ jeden z nich jest jej sąsiadem. Powiedziała mi: Phyllis, oto do czego zmierza świat, i ja powiedziałam: June, ja już nic nie wiem, naprawdę nic)" - mówi babcia Gabriela, zagubiona w rzeczywistości, która zmieniła się gwałtownie bez jej udziału. Nana czuje się zmarginalizowana w brytyjskim społeczeństwie i całą swoją frustrację przekłada na niechęć do tych, którzy jeszcze dwa pokolenia temu byli imigrantami, a teraz są nieodzowną częścią angielskiej siatki społecznej. "These  whatsits, Muslims, there's no understanding them, is there? I mean, she said, her voice rising, 'we'be took 'em in. We've give them a home. ("Ci, jak tam oni, muzułmanie, nikt ich nie rozumie, prawda? Znaczy się - powiedziała, podnosząc głos - my ich przyjęliśmy. Daliśmy im dom)" - lamentuje staruszka, która czuje się oszukana. Gabriel próbuje z nią dyskutować, ale na dyskusję jest już za późno. Nana nie przyjmie już żadnych argumentów. Jej świat, podobnie zresztą jak świat jej syna (angielskiego robotnika, który życie spędził, pracując w przemyśle włókienniczym), nie pogodzi się z żadnymi zmianami. Te światy muszą odejść. Ali daje im głos, ważny głos, który ginie dzisiaj w uścisku politycznej poprawności.

Pytanie o to, co pozostało z dawnej brytyjskości, powraca również w stolicy. Główny bohater spaceruje po historycznej części miasta: Pall Mall, Regents Street, Westminister. Odkrywa istnienie pomnika Crimean War Memorial, który przywołuje dawną świetność kraju. "Most people (Gabe included himself) were blind to the history round them" (Większość ludzi - włączając Gabe'a - nie zwracała uwagi na historię) - wskazuje Ali. Pisarka, zresztą całkiem słusznie, stawia pytanie o współczesne znaczenie brytyjskiej historii. Dla imigrantów, dla nowego wieloetnicznego pokolenia Brytyjczyków przeszłość zakodowana w dawnych symbolach, pomnikach i placach przestaje się liczyć. Ona dla nich nic nie znaczy. Czy można jednak ot tak o niej zapomnieć? Nie ma przecież żadnego innego substytutu, którzy podtrzymywałby spójność narodowej wyobraźni. Ali zdaje się sugerować, że w Londynie łącznikiem wielokulturowych dzielnic może być tylko...sam Londyn. "The great thing about London, thought Gabe, was that everyone was just a Londoner. The city bound everyone together or kept all equally apart. (Gabe pomyślał, że wspaniałą cechą Londynu było to, że każdy był po prostu londyńczykiem. Miasto łączyło wszystkich i jednocześnie każdeo trzymało z daleka).

"In the Kitchen" jest z pewnością powieścią o wielkich ambicjach, ale niestety tylko w połowie zrealizowanych. Ali postawiła na polityczno-społeczne ostrze, kosztem ostrości bohaterów. Stylistycznie też nie zaspokoiła moich oczekiwań. Znana dobrze z "Brick Lane" taktyka spowalniania akcji przez liczne reminiscencje w "In the Kitchen" jest niestety nużąca. Wspominki z dzieciństwa głównego bohatera nie mają już siły marzeń Nazneen o bengalskej przeszłości.  Obawiam się, że ci, których zauroczyła "Brick Lane" mogą poczuć się zawiedzeni lekturą "In the Kitchen". Nie mniej jednak książkę warto przeczytać zwłaszcza, jeżeli bliskie są Wam problemy współczesnego Londynu i Wielkiej Brytanii. Nie spodziewajcie się jednak wielkiej powieści.

Londyn znad wód Tamizy

Londyn znad wód Tamizy

***
Monica Ali "In the Kitchen"
Black Swan, London 2010
Książka została wydana w lipcu po polsku pod tytułem "Od kuchni"

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Amélie Nothomb The life of hungerW czasach, kiedy co druga autobiografia jest podróżą (w czym przodują książki znanych postaci, jak chociażby niedawno wydana "The Journey" Tony’ego Blaira), miło sięgnąć po lekturę nie mającą z tą niestety mocno wyświechtaną metaforą nic do czynienia. Kto spragniony wrażeń i erudycyjnych skoków, powinien sięgnąć po "Biografię głodu" Amélie Nothomb, belgijskiej pisarki, która, cóż, wydaje ostatnio niemalże jedną książkę rocznie i której tak ładnie w czarnych kapeluszach (zobaczcie zdjęcie w Wiki). To prawdziwa artystka głodu, może niekoniecznie w kafkowskim wydaniu, ale zdecydowanie w swoim pragnieniu życia, nowych doświadczeń, słodyczy i alkoholu. Z prawdziwą przyjemnością śledziłam jej dowcipne wspominki od lat najmłodszych do nastoletnich, poddając się sile jej ekstremalnych doznań (ekstremalnych, bo Amélie Nothomb nie potrafi od tak sobie przeżywać - wszystko, co czuje ma siłę najkoszmarniejszego skurczu żołądka).

Nothomb, córka belgijskiego dyplomaty, zaczyna swoją opowieść od czasów, kiedy chodziła do japońskiego przedszkola (w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, które posłane zostało do amerykańskich szkół podczas pobytu rodziny w Kobe). Co prawda zwykła stamtąd uciekać, ale doświadczenie inności, w tym językowej, zostało z nią na zawsze. Nie byłam spragniona angielskiej mowy, tego rozgotowanego języka ugniecionych ust, przeżuwanej gumy, podawanej z buzi do buzi. Amerykański był mi nieznany ze swoimi surowymi, smażonymi i gotowanymi na parze słowami - pisze Nothomb, która zdecydowanie wolała japoński. Japonia zresztą pozostała jej miłością, miłością, którą uświadomiła sobie dopiero, kiedy ze względu na pracę ojca, musiała przeprowadzić się do Chin. Moją ziemią była ta pełna wody, a Chiny były pustynią. Powietrze było tam tak suche, że oddychałam z bólem. Moje wygnanie z lądu wilgoci zaowocowało astmą, na którą nigdy wcześniej nie cierpiałam a która stała się wiernym towarzyszem mojego życia. Mieszkanie zagranicą było więc chorobą oddechową.

"Biografię głodu" pożarłam w dwa wieczory. To naprawdę smaczny pamiętniczek erudytki, której w dzieciństwie przyszło zmieniać kraje jak bajki na dobranoc: od Chin po Nowy Jork, od Japonii po Bangladesz: wszędzie głodna nowych wrażeń i pochłaniająca niezwykłe liczby książek (w tym encyklopedii). Zachłanność Nothomb przyniosła jej nie tylko szeroki rozmach literacki, ale i prozaiczną anoreksję. "Biografię" cenię za szczerość i słowne bogactwo. Szkoda tylko, że kończy się a właściwie urywa się tak nagle, jakby ten cały głód gdzieś się ulotnił.

"Biografia głodu" stanowi ciekawy początek do dalszych eksploracji literackich wypieków Nothomb, więc myślę, że z tą panią jeszcze nie jedną beczkę soli zjemy.

***
Amélie Nothomb "The Life of Hunger" (oryg. Biographie de la faim) (po polsku wydana jako "Biografia głodu")
Tłumaczenie z francuskiego na angielski: Shaun Whiteside
Faber and Faber, London 2006 (oryg. 2004)

piątek, 28 maja 2010

Tak właśnie określiłabym wieczorne spotkanie ze znanymi twórcami ze Starego Kontynentu, które odbyło się w ramach European Literature Night w londyńskiej British Library. W ciągu prawie trzech godzin (bez przerwy) miałam okazję posłuchać sześciu pisarzy: z Polski, Litwy, Bułgarii, Włoch, Holandii, Austrii i Czech. W tym roku, co ciekawe, zabrakło reprezentantów Wielkiej Brytanii i Francji. Każdy z twórców osobiście bądź przez swojego tłumacza czytał fragment własnej prozy, co według mnie świetnie uzupełniało wieczór, tym bardziej, że celem spotkania jest też sama promocja tłumaczeń z obcych języków na angielski. Niestety UK jest krajem, który ma jeden z najmniejszych rynków tłumaczeń - ze wszystkich wydawanych książek przekłady stanowią jedynie marne 3%.

European Literature Night, Londyn, 2010Dla mnie tego typu spotkania są fantastyczną okazją do poznania autorów spoza anglojęzycznego świata (w tym właśnie możliwością zapoznania się z nowymi autorami z Polski). Sama forma wieczoru, podobnie jak w zeszłym roku, pozostawiała niestety sporo do życzenia. Spotkanie prowadziła ponownie dziennikarka BBC Rosie Goldsmith, która owszem jest otwarta, przyjacielska i wesoła, ale niestety wciąż nie znalazła odpowiedniej formuły i tonu dla tego typu rozmów. W zeszłym roku wszystkich pisarzy pytała o przemiany związane z upadkiem komunizmu, pozwalając sobie często na bardzo stereotypowe i głupie uwagi. W tym roku tematem przewodnim był sam sposób tworzenia prozy i poziom czytelnictwa w danym kraju. Tematyka podobała mi się bardziej i pozwalała na bardziej intymne rozmowy z pisarzami. Niestety prowadząca co jakiś czas zapominała z kim rozmawia i do kogo wieczór adresuje (na sali zgromadzili się przecież ludzie, który literaturą się interesują i na niej się znają), więc od czasu do czasu dochodziło do zgrzytów, kiedy Rosie z głębin powracała na płaską powierzchnię i bombardowała pytaniami o rzeczy zupełnie banalne. Szkoda.

Nie mniej jednak wieczór był całkiem udany. Po spotkaniu można było porozmawiać z autorami w kuluarach, dowiedzieć się, nad czym pracują i jak to robią. Poniżej przedstawiam krótką relację z prezentacji sześciu bardzo znanych w swoich krajach twórców.

Polska: Jacek Dehnel

Jacek    Dehnel czytający Lalę, Londyn, European Literature Night

Pojawił się nieco jak postać z innej epoki, w eleganckim garniturze z zegarkiem kieszonkowym na dewizce. Przyznam szczerze, że zaskoczył mnie widok młodego chłopaka w tak staroświeckim stroju, którzy czuł się w nim jak ryba w wodzie. O Jacku Dehnelu niewiele słyszałam (może powinnam częściej przyjeżdzać do Polski). Po tym spotkaniu mogę jednak śmiało powiedzieć, że jest on doskonałym performerem, który z niezwykłą konsekwencją i finezją potrafi kreować swój wizerunek. Jacek Dehnel zdecydowanie wypadł najlepiej z wszystkich pisarzy, zupełnie oczarowując widownię swoją osobą!

Podczas rozmowy opowiadał o tym, że pisanie jest dla niego pracą zawodową. Pracuje zwykle od wieczora do później nocy czy wczesnego ranka. Nie potrafi pisać rano, więc jak sam przyznał, w żadnym biurze by się nie sprawdził (podejrzewam też, że niekoniecznie miały ochotę na taki sprawdzian).

Prowadząca spytała pisarza, czy w Polsce czyta się... Harrego Pottera. Dehnel wyjaśnił, że w Polsce mało się czyta, a ludzi zainteresowanych literaturą jest niewielu, zresztą tak jak w każdym innym kraju.

Dobrą wiadomością jest to, że jego "Lala" tłumaczona jest na angielski przez Antonię Lloyd-Jones - świetną tłumaczkę, która przełożyła m.in. książki Pawła Huelle. Dodatkowo ku mojej radości udało mi się w Oksfordzie namierzyć "Lalę" w oryginale (oraz inne książki). Jacek Dehnel mnie zaintrygował, więc chętnie sięgnę po jego prozę.

Litwa: Giedra Radvilavičiūtė

Giedra   Radvilaviciute, Litwa, European Literature Night

Rosie Goldsmith, Giedra Radvilaviciute i jej tłumacz

To pisarka, eseistka i nauczycielka. Giedra ma 50 lat. Na spotkaniu pojawiła się ze swoim tłumaczem. Wyjaśniała, że esej jest na Litwie szalenie popularnym gatunkiem literackim. Sama nazwała go centaurem, skrzyżowaniem fikcji i fanatzji.

Na spotkaniu tłumacz przeczytał fragment jej eseju o tym, co czyni tekst literacki ważnym (esej pochodził ze zbiorku The Allure of the Text in Best European Fiction, 2010, ed. Aleksandar Hemon). Mówiła o prozie, która zostaje w pamięci ze względu na niezwykłe podobieństwa, metafory, jakie są wspólne wyobraźni czytelników. Przypominała teksty, których siła tkwi w tym, że czytelnicy mogą się z nimi utożsamiać lub te, jakie wabią właśnie dziwnością, ekscentrycznym ujęciem.

Nie wiem dokładnie, jak jest w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii, tłumaczenia współczesnej prozy z języków wschodnich krajów bałtyckich zdarzają się bardzo rzadko. Tym bardziej cieszył mnie fakt, że w tym roku w Londynie pojawiła się literacka reprezentantka Litwy. Mam nadzieję, że to pociagnie za sobą przekłady nie tylko eseistyczne, ale i powieści młodego pokolenia.

Bułgaria: Georgi Gospodinov

Georgi  Gospodinov, Bułgaria, European Literature Night

Podobno najczęściej tłumaczony na obce języki bułgarski pisarz, poeta, dramaturg i dziennikarz. Gospodinov zaczął literacką karierę od pisania poezji. Potem ruszył w świat prozę, ale utrzymuje się jednak głównie z dziennikarstwa. Ma jowialne usposobienie i lubi żartować z siebie.

Na spotkaniu wyjaśnił, że dużo książek Bułgarów pisanych jest poza granicami kraju. Co ciekawe, nie ma podobno konfliktu między emigrantami a piszącymi w kraju (to była dla mnie zaskakująca wiadomość, zwłaszcza w kontekście długiej tradycji sporów wśród polskich literatów).

O ile w Polsce literatura i film chętnie podejmuje temat rzeczywistości minionego systemu, o tyle według Gospodinova, Bułgarzy wstydzą się opowiadać historie związane z czasami komunizmu. Dlatego on postanowił zachęcić ludzi do opowiadania przeżyć z tamtego okresu, zbierając je w ciekawą kolekcję (jak sam przynał - w ramach terapii).

Na spotkaniu tłumaczka Gospodinova czytała fragment książki "Natural Novel", w której znajduje się m.in. naturalna historia toalet. W powieści Gospodinov bawi się językiem (próbuje nawet opowiedzieć jedną historię wyłącznie czasownikami). Jestem bardzo ciekawa jego pisarstwa, więc z chęcią poszukam jego powieści.

Czechy: Miloš Urban

Milos Urban, European Literature Night, Londyn

Jest dość cichym i nieśmiałym doktorem filologii angielskiej, pisarzem, tłumaczem i redaktorem w wydawnictwie. Jego gotycka powieść"Klątwa Siedmiu Kościołów" po angielsku przetłumaczona jako "Seven Churches" jest zdecydowanym bestsellerem w Czechach i Hiszpanii. Urban wyznał, że chciał napisać o Pradze, o miejscach nie znanych turystom licznie odwiedzającym miasto. Mówił, że pisząc książkę w angielskiej tradycji mrocznych, XIX-wiecznych powieści, zależało mu na tym, by stworzyć fikcyjne miejsce w prawdziwej lokalizacji.

Miloš Urban kiedyś pisał jedną powieść rocznie. "Teraz już tak nie robię" - powiedział - "Nie jestem już taki młody i to nie jest zdrowe, żeby tyle pisać".

Włochy: Paolo Giordano

Paolo  Giordano, Włochy, European Literature Night

Jak był młody nienawidził pisać. Umieszczał słowa na kartce tylko wtedy, kiedy absolutnie musiał. O tym, jak powstała jego powieść i czego dotyczy, pisałam już wcześniej w notce "Paolo Giordano i Samotność liczb pierwszych".

Giordano przyznał, że każdy pisarz powinien powiedzieć coś na temat czasów, w których żyje. On chce się z tym zmierzyć ponownie, pracując nad drugą powieścią.

Austria: Julya Rabinowich

European  Literature Night, Londyn, 2010

Wyjechała z Rosji w wieku 7 lat, a dokładnie wywieźli ją stamtąd rodzice (ojciec należał do podziemnego stowarzyszenia malarzy i bał się o życie swoje i rodziny, więc obrał kurs na Wiedeń). Rodzice powiedzieli Julii, że jadą na wakacje do Litwy. Dopiero na lotnisku w austriackiej stolicy dowiedziała się prawdy.

Kiedy miała 28 lat, zauważyła, że nie pożegnała się z Rosją, z przyjaciółmi, z bliskimi. Zaczęła pisać. Poczuła, że pożegnaniem będzie jej książka. Nie lubi, kiedy klasyfikuje się ją jako rosyjską Żydówkę w Austrii. Czuje się teraz Austriaczką. Po angielsku mówi z niezwykłym niemieckim akcentem. Wydała mi się dość nieśmiałą, ale urzekającą osobą, trochę przypominała małą dziewczynkę w pięknie wystylizowanym kobiecym stroju.

Rabinowich jest też malarką. Przyznała, że w pisarstwie i malarstwie szuka i buduje sploty wielu warstw.

Jej książka-pożegnanie, zatytułowana po niemiecku "Spaltkopf" ukaże się po angielsku dopiero w przyszłym roku (jako "Split Head") i bardzo chciałabym ją przeczytać (może po polsku dostanę powieść wcześniej?)

Holandia: Otto de Kat

Holandia,   European Literature Night, 2010

Był najstarszym prezentowanym pisarzem (64 lata). Otto de Kat (to zresztą tylko pseudonim tego melancholojnego Holendra) początkowo pracował jako krytyk literacki, potem został wydawcą (firmę sprzedał 7 lat temu). Wydawał głównie non-fiction, bo jak się sam wyraził nie potrafiłby pracować z wielkimi pisarzami z wielkim ego.

Po angielsku znana jest już jego powieść "Man on the Move". W przyszłym roku ukaże się na rynku "Julia". Fragment prozy, który czytał, specjalnie mnie nie urzekł, ale może to była wina już gęstniejącej w trzeciej godzinie spotkania atmosfery.

Wystąpienie Otto de Kat zakończyło tegoroczną edycję Europejskiej Nocy Literatury (o ile dobrze pamiętam podobne wieczory odbywały się w 15 innych stolicach krajów europejskich - czy był ktoś w Warszawie?). Na mojej książkowej liście pojawiło się kilka zupełnie nowych pozycji, które zdecydowanie chciałabym przeczytać w tym roku i które, jak się okazuje, są do zdobycia w większości w Oksfordzie. Liczę też na to, że przyszłoroczny maraton będzie miał już bardziej wytrawną formę.

Na koniec mała zgadywanka (co rozstrzygnięcia za rok): jak myślicie, kto będzie reprezentował Polskę w 2011? Albo może powinnam pytanie zadać w ten sposób: kto powinien ją literacko reprezentować?

***

Zainteresowanych zeszłoroczną relacją odsyłam do European Literature Night 2009 - części I i części II.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...